WSPOMNIENIA ZE STANU WOJENNEGO
W pozostałe dni tygodnia, po jedno lub dwudniowym odpoczynku, w mojej kuchni (i w moim mikserze) odbywało się przygotowywanie farby (nie pamiętam z czego, ale pamiętam, że strasznie śmierdziała) lub emulsji do sitodruku, a także poszukiwanie i gromadzenie papieru (w rzadkich wypadkach, gdy pojawiał się w sprzedaży, kupowaliśmy go po jednej ryzie w różnych sklepach, żeby nie zwracać na siebie uwagi zbyt dużymi lub zbyt częstymi zakupami) i składników farby (trudno dostępny olej słonecznikowy, nafta, pasta do prania „Komfort”), mycie i odtłuszczanie matryc itp. czynności niezbędne dla uruchomienia drukarni w następny piątek. Z czasem całe życie naszej rodziny zaczęło się koncentrować wokół jednego celu- żeby w najbliższy poniedziałek wszedł do kolportażu kolejny numer Tygodnika Mazowsze.
W czasie 5-letniego "panoszenia" się w naszym mieszkaniu drukarni kilkakrotnie się buntowałam, a raz byłam bliska wymówienia jej locum. Za każdym razem po ochłonięciu odstępowałam od akcji odwetowej i wszystko wracało do normy, którą stanowiło pozbawienie mnie prawa użytkowania kuchni w każdą sobotę i niedzielę. Wiązało się to oczywiście z zawieszeniem w tym czasie życia osobistego i towarzyskiego, co spowodowało swoistą izolację w środowisku.
W ostatniej fazie rozkładu PRL, czyli w pierwszych miesięcach 1989 roku wobec wyjazdu Irka Ostrokólskiego do USA funkcję drugiego drukarza spełnialiśmy po kolei- ja i nasi synowie. Ten okres był więc dla nas szczególnie uciążliwy, bo była to bardzo ciężka praca, a w dodatku wykonywana w niezdrowych oparach rozpuszczalników i w ciągłym stresie.
Wszystko to odbywało się w atmosferze ciągłej niepewności, czy któregoś dnia, zwabieni zapachami dobywającymi się w każdy weekend z naszego mieszkania, monotonnymi odgłosami powielacza, czy też regularnymi wizytami Irka Ostrokólskiego, osobnika od dawna uważanego za ekstremistę, nie pojawią się nieproszeni goście z SB i nie przerwą naszego procederu. Nie przypominam sobie jednak, bym kiedykolwiek w ciągu tego okresu poważnie brała pod uwagę taką możliwość. Może brakowało mi wyobraźni. Doskonale natomiast pamiętam uczucie wielkiego zmęczenia tą nienormalną sytuacją i przemożne pragnienie powrotu do normalności. Miało to jednak nastąpić dopiero wiosną 1989 roku, a i to w trybie warunkowym (Redakcja Tygodnika Mazowsze zawieszając w kwietniu 19889 r. działalność zawarowała sobie prawo do jej wznowienia gdyby umowa Okrągłego Stołu została naruszona i oświadczyła, że w takim przypadku liczy na naszą dalszą współpracę) . Przypominam sobie również to szczególne uczucie, które towarzyszyło przewidywaniom czy moja w pewnym stopniu wymuszona gościnność względem drukarni potrwa jeszcze rok, dziesięć lat, czy może nawet do końca życia. Terminu ostatecznego rozkładu komunizmu nikt przecież wtedy nie znał a ustrój wydawał się być niezniszczalny.
W kwietniu 1989 r., po wydrukowaniu ostatniego, 290 numeru Tygodnika Mazowsze chowaliśmy nasz poczciwy powielacz do skrytki z westchnieniem ulgi, ale i z żalem, że oto właśnie skończył się pewien bardzo ważny etap życia naszej rodziny.Jeszcze przez długi czas w każdą sobotę i niedzielę odczuwaliśmy nieprzyjemny nadmiar czasu i przestrzeni życiowej. Tę pustkę udało nam się wypełnić innymi zajęciami dopiero po wielu miesiącach a na trwałe pozostało nam tylko uczucie satysfakcji, że jednak, mimo wszystkich przeciwności wytrwaliśmy do końca, do ostatniego numeru.
Puławy, 15.11.2006
Tekst wysłany 18 listopada 2006 r.na adres:
Polskie Radio Program 2
00-977 Warszawa
ul. Niepodległości 77/85
Tekst został wydrukowany w tomie: S.T. Głażewski – "W imię "Solidarności". Wspomnienia z lat 1981-1989" wyd. Towarzystwo Przyjaciół Puław, Puławy 2010, s. 269 a jego obszerne fragmenty zostały odczytane na antenie PR II w dniu 13.XII.2006 r. o godz. 21.00
