WSPOMNIENIA ZE STANU WOJENNEGO

« poprzednie Wszystkie strony następne » (Strona 2 z 4)

Nasza rodzina składała się wówczas z pięciu osób: małżeństwa oraz trzech synów, z których najstarszy Stanisław Jr. kończył właśnie studia na Uniwersytecie Warszawskim, średni Krzysztof przygotowywał się do matury w Liceum Ogólnokształcącym im. Ks. A.J. Czartoryskiego, a najmłodszy, 12-letni Łukasz był jeszcze uczniem szkoły podstawowej. Wszyscy oni zostali zaangażowani do pomocy w zaopatrywaniu drukarni w potrzebne materiały i akcesoria a w ostatnim okresie nawet w charakterze drukarzy.

W każdy piątek wieczorem musieliśmy szybko wynosić się z łazienki, którą około 20-ej mój mąż starannie zamykał i zamieniał w ciemnię. Sporządzenie 4 matryc (z diapozytywów przywiezionych przez najstarszego syna) zajmowało mu około 4 godzin. W tym czasie żadne błagania nie mogły go zmusić do wpuszczenia do łazienki kogokolwiek. Kto nie zdążył się umyć do 20-ej, musiał z tym zaczekać do soboty.

W sobotę rano klucząc wśród bloków naszego osiedla dla zmylenia ewentualnego „ogona” pojawiał się Irek Ostrokólski. Natychmiast wypraszali mnie z kuchni, montowali na stole kuchennym swoje akcesoria i zabierali się do pracy. Druk jednego numeru Tygodnika Mazowsze zajmował im co najmniej całą sobotę, ale nierzadko gdy coś się nie udawało (a tak najczęściej było) pracowali do niedzielnego wieczora. W tym czasie mogłam wejść do naszej ciasnej kuchni tylko wtedy, gdy jej użytkownicy odpoczywali, albo byli głodni. Musiałam się wtedy mocno zwijać z przygotowaniem posiłku i szybko uciekać, bo długich przerw nie robili. Przy pracy wypalali ogromne ilości papierosów tak że kilkakrotnie musiałam opróżniać popielniczkę. Nie wiem nawet co bardziej śmierdziało: czy przygotowywana domowym sposobem farba, czy te ich okropne papierosy.

Jeśli druk odbywał się w pokoju (w rachubę wchodził tylko jeden, ten od podwórza, gdyż okna pozostałych wychodziły na ulicę co, zwłaszcza latem przy otwartym oknie, stwarzały ryzyko dekonspiracji) mogłam swobodnie poruszać się po kuchni .

Wiosną 1987 r. ramki sitodrukowe zastąpił stary powielacz bębnowy, co trochę skróciło okres użytkowania mieszkania jako drukarni, ale niewiele poprawiło sytuację jego mieszkańców. Zyskaliśmy w zasadzie tylko tyle, że mogliśmy swobodnie korzystać z łazienki w piątkowe wieczory, gdyż ciemnia przy tej technice druku była zbędna. Przybyło za to plam z farby, które trzeba było usuwać po każdej sesji drukarzy. Ponad to powielacz zmniejszał ryzyko dekonspiracji. Matryce sitodrukowe zapakowane do wielkiej torby podróżnej wynosiliśmy bowiem po każdym użyciu do piwnicy zaprzyjaźnionego sąsiada, co stwarzało możliwość spotkania kogoś zbyt dociekliwego w czasie ich wynoszenia. Natomiast powielacz był zbyt duży i zbyt ciężki dla takiego postępowania. Panowie drukarze sporządzili więc dla niego specjalny schowek w naszej toalecie. Był on tak dobrze zamaskowany, że mimo kilkakrotnych rewizji w naszym domu nigdy nie został odkryty. Od tego czasu wszystkie czynności związane z drukiem mogły się więc odbywać wewnątrz mieszkania.

Na wypadek wizyty nieproszonych gości z SB został opracowany specjalny plan strategiczny. Główną rolę w tym planie odgrywał nasz bokser "Grom", który – z natury nad wyraz łagodny - z niewiadomych przyczyn nie znosił ludzi umundurowanych. W razie niezapowiedzianej wizyty wszyscy domownicy zamiast groźnie ujadającego psa uspokajać mieli go dyskretnie drażnić dając drukarzom czas na ukrycie w schowku powielacza i wszystkich kompromitująch akcesoriów i zatarcie śladów. Dopiero wtedy pies miał zostać zapędzony do toalety (w której był zlokalizowany schowek) a goście wpuszczeni do mieszkania. Na szczęście nigdy nie nadarzyła nam się okazja do przetestowania skuteczności tego planu.

Po zakończeniu druku owoc trudu drukarzy w postaci sporego stosu zadrukowanych kartek trafiał w moje ręce. Zostałam bowiem mianowana (również bez pytania o zgodę) głównym kolporterem. W niedzielę późnym wieczorem po doprowadzeniu mieszkania do porządku musiałam jeszcze przejrzeć wydruki odrzucając mało czytelne i popakować je w paczki przeznaczone dla poszczególnych odbiorców. Jedną z największych paczek zabierałam ze sobą w poniedziałek do pracy, gdzie przekazywałam ją jednemu z kolporterów.

Czytany 9327 razy

Sponsorzy

solidarnosc

Wyszukaj

Multimedia

Statystyki

Dziś70
Wczoraj257
Wszystkich404965
Aktualnie jest 33  gości na stronie