Zapiski internowanego

« poprzednie Wszystkie strony następne » (Strona 23 z 33)

Ośrodki Odosobnienia dla Internowanych
w Lublinie

(marzec – listopad 1982)

 

W roku 1982 w Lublinie funkcjonowały dwa Ośrodki Odosobnienia dla internowanych. Obydwa mieściły się na terenie Zakładu Karnego przy ul. Południowej 5, u zbiegu Południowej i Zemborzyckiej. Przez pierwszy z nich, działający od końca marca do początku sierpnia 1982 przewinęło się dziesięciu działaczy NSZZ „Solidarność” z Puław: Ignacy Czeżyk, Juliusz Gapiński (WSS), Zdzisław Kudyk (ZA) Janusz Łodyga (ZA), Jacek Malinowski (ZA), Bogdan Masiak (ZA), Stanisław Mazur (INS), Stanisław Nastaj (INS), Zdzisław Wiśniewski (ZA) i Włodzimierz Zbiniewicz (Iwet). Jeden z osadzonych tam internowanych tak opisuje warunki panujące wówczas w Ośrodku:

W województwie lubelskim powstał jeden ośrodek dla internowanych - w Lublinie. Został on założony w końcu marca 1982 r., na terenie Zakładu Karnego przy ul. Zemborzyckiej. Zajmował jeden pawilon więzienia.

Pierwszymi „lokatorami” było ok.100 internowanych przywiezionych 29 i 30 marca 1982 r. z Włodawy w woj. chełmskim. Docelowo w ośrodku miało zostać umieszczonych 130 osób. Warunki były - zdaniem samych internowanych - wyjątkowo dobre, może nawet najlepsze w kraju. Cele były otwarte, wielkości ok. 30 m2; w każdej mieszkało od 6-10 osób. Spacery mogły trwać wiele godzin: od 9-13 i 14-16. Obiady wydawano od 13 do 14. Jeśli ktoś sobie życzył, mógł skorzystać codziennie z gorącej kąpieli. Widzenia przewidziano w czwartki i piątki, z tym, że jeśli ktoś przyjeżdżał z daleka dopuszczano widzenie także w inne dni. Na miejscu była możliwość skorzystania z pomocy lekarza lub pielęgniarki. W ośrodku mieściło się aż 5 niewielkich świetlic z telewizorami. Dla 12 internowanych, nie mających pieniędzy na wypiskę, przyjęto - co jest prawdziwą rzadkością - pieniądze od Kościoła. Nastroje wśród internowanych były dobre, martwili się jedynie o kolegów pozostawionych we Włodawie. Przedstawiciele internowanych, osoby cieszące się niekwestionowanym autorytetem, odbyli rozmowy z komendantem ośrodka, deklarując gotowość zrezygnowania z części wygód, gdyby pomogło to przyjęciu reszty internowanych z Włodawy. Nie było to jednak możliwe - jak wyjaśnił komendant- z powodu ograniczonej pojemności pawilonu dla internowanych.[1]

Jeden z internowanych w Lublinie działaczy „Solidarności” systematycznie zapisywał wydarzenia, które miały miejsce w lubelskim Ośrodku. Fragment jego zapisków został opublikowany w podziemnym lubelskim Informatorze:

KRONIKA OBOZU DLA INTERNOWANYCH

PRZY UL. POŁUDNIOWEJ /Zemborzyckiej/, 12-25.05[2]

 

12 maja 1982 /środa/

Na spotkaniu starszych celi uzgodnione zostają szczegóły akcji protestacyjnej w dniach 13-16.V[3]. Ma ona wyglądać następująco:

1/ 13.V – godz. 9.30 demonstracja na placu przed więzieniem /chóralny śpiew Hymnu i Roty/.

2/ 16.V – godz. 10.30, także na placu przed więzieniem – zbiorowa modlitwa za pomordowanych, po modlitwie – uczczenie ich pamięci 5-minutową ciszą. W trakcie demonstracji – płonące znicze[4].

3/ 13 i 16.V – tzw. "dni powagi" – rozmowy ściszone, bojkot prasy, radia i TV, milczący spacer itp.

Pewna część internowanych postanowiła ponadto – kontynuując włodawską tradycję – odmawiać przyjmowania w dniach 13 i 16 jakichkolwiek posiłków.


13 maja /czwartek/

Do demonstracji na zewnątrz budynku nie dochodzi na skutek zamknięcia przez władze więzienne placu spacerowego. Internowani manifestują jednak w ten sposób, że zbierają się w dwóch sąsiadujących narożnych celach i przy otwartych oknach śpiewają – tak jak było zaplanowane – Hymn i Rotę. Śpiew był słyszalny na terenie całego "obiektu" przy ul. Południowej.

Przywiezionych zostaje kolejnych dwóch internowanych: Marek Matuszewski i Andrzej Kucharski. Obaj zostali zatrzymani 12.V. W pracy /Kucharski pracuje w Kolejowych Zakładach Automatyki w Lublinie/, noc z 12 na 13 spędzili w areszcie przy ul. Północnej.

 

14 maja /piątek/

Przywieziono nowego internowanego. Jest nim Paweł Turkiewicz, student KUL, zatrzymany 13.V, noc spędził na Północnej. Uzasadnienie decyzji o internowaniu: "Był kilkakrotnie zatrzymywany podczas rozklejania ulotek o wrogiej treści, nadal czynnie angażował się do działalności antysocjalistycznej".

Zwolniony z internowania zostaje Tadeusz Zieliński, wcześniej dwukrotnie urlopowany.

 

15 maja /sobota/

Na przepustkę /po raz drugi/ wypuszczony zostaje Czesław Niezgoda, z przepustki wraca Marek Sowa.

 

16 maja /niedziela/

  1. demonstracja na placu przed budynkiem więziennym: 5 minut ciszy, Anioł Pański w intencji pomordowanych, głośne odśpiewanie Hymnu i Roty, płonące znicze.

 

17 maja /poniedziałek/

Przywiezieni 3 nowi internowani: Jan Dudek /WSK Świdnik/, Henryk Gontarz /WSK/ i Jan Portka /WSK/. Wszyscy spędzili poprzednie 3 noce na Północnej. Uzasadnienia: "Nawoływał do nieposłuszeństwa ustawom i innym prawnym rozporządzeniom naczelnych organów państwowych"

 

18 maja /wtorek/

Kolejny nowy internowany – Stanisław Grochecki /WSK/. Zatrzymany 14.V, 4 noce spędził w areszcie przy ul. Północnej. Uzasadnienie jak wyżej.

Zwolniony z internowania zostaje Władysław Herman /Zakł. Przemysłu Owocowo-Warzywnego w Chełmie.

 

20 maja / czwartek/

Rozpoczyna działalność wszechnica związkowa internowanych. Wykłady obejmują tematykę prawną, historyczną, etyczno-filozoficzną i związkową. Pierwszą prelekcję wygłosił Julian Dziura z FSC – "Działalność związków zawodowych w USA i Kanadzie". W przyszłym tygodniu przewidziane są m. in.: dyskusja na temat tez Prymasowskiej Rady Społecznej w sprawie ugody społecznej i wykład "O legalności wprowadzenia stanu wojennego w Polsce".

 

22 maja /sobota/

Na przepustkę zostaje wypuszczony Wiesław Ruchlicki /ciężka choroba ojca/. Przybywa dwóch nowych internowanych do grupy chełmskiej: Marian Smyk /ZPO "Cora" Krasnystaw/, zatrzymany 18.V, 4 noce w areszcie śledczym w Chełmie, internowany po raz drugi /po raz pierwszy 13.12.81, zwolniony 12.02 z Włodawy/ z uzasadnieniem: "nie zaprzestał działalności... oraz Marek Grabek -Spółdz. Inw. "Kartodruk" Krasnystaw/, zatrzymany 18.V, 4 noce w areszcie śledczym w Chemie, uzasadnienie decyzji o internowaniu: "Podjął działalność...".

 

24 maja /poniedziałek/

Z przepustki wraca Zdzisław Kudyk.

W czasie wygłaszanej w ramach wszechnicy prelekcji dotyczącej legalności wprowadzenia stanu wojennego dochodzi do incydentu. Przedstawiciel władz więziennych por. WRONKA uznał, że zebranie internowanych ma charakter nielegalny i zażądał opuszczenia sali. Internowani odmówili i prelekcja była kontynuowana. Jednak po zakończeniu Wronka sporządził oficjalny raport, uznający że zebranie miało charakter nielegalny i obarczający odpowiedzialnością za jego zorganizowanie trzech kolegów: Bączkowskiego, i Kutkowskiego z grupy lubelskiej oraz Borkowskiego z grupy siedleckiej.

 

25-26 maja /wtorek, środa/

Dyskusja w ramach wszechnicy na temat tez Prymasowskiej Rady Społecznej[5].

 

Jak widać internowani w Lublinie w pierwszej połowie 1982 r., mimo wielomiesięcznej izolacji, żywo interesowali się sprawami działającego w podziemiu Związku „Solidarność” a także pilnie śledzili poczynania opozycji, Kościoła i władz państwowych, czego dowodem mogą być tematy organizowanych prelekcji i dyskusji a także treść listów, które otrzymałem od jednego z nich, Jana Łodygi w czerwcu 1982 r. (Załącznik 1)


Ośrodek Odosobnienia dla internowanych w Lublinie <br/ >działający od 31 sierpnia do końca listopada 1982 r.

 

Drugi Ośrodek Odosobnienia powstał w tym samym Pawilonie III Zakładu Karnego przy ul. Południowej 5 w dniu 30 sierpnia i przetrwał aż do początku grudnia 1981 r. Wśród jego pensjonariuszy było 2 Puławiaków: Henryk Sztaba z Zakładów Azotowych i ja, Stanisław Głażewski, pracownik Instytutu Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa w Puławach. Oto okoliczności mojego internowania:

28 sierpnia 1982 r. wziąłem urlop na remont mieszkania. Rano zmyłem ściany przed malowaniem i czekając, aż wyschną zabrałem się do drukowania (techniką sitodruku) podziemnego Tygodnika Wojennego w sąsiednim mieszkaniu, należącym do Jadwigi i Leonarda. Zinkiewiczów. Nie bardzo mi ta praca szła, bo to jednak jest zadanie dla dwóch osób, więc jak usłyszałem hałas na schodach, natychmiast przywarłem do judasza w drzwiach (wyjść nie mogłem bo byłem w roboczym ubraniu obficie wysmarowanym farbą drukarską). Zobaczyłem moją żonę w ożywionej rozmowie ze znanym mi na razie z widzenia z esbeckim “opiekunem” IUNG-u, niejakim chor. Jerzym Masłowskim, z zawodu nauczycielem, SB-kiem z powołania. Wypłakiwał właśnie swój zawód, że nie spotkał mnie ani w pracy, ani w domu (żona zapewniała go, że poszedłem do lasu na grzyby) i usilnie prosił, żebym natychmiast po powrocie z lasu koniecznie się do niego zgłosił we własnym interesie. On, jako człowiek bardzo dobrze mi życzący chce mi jedynie zadać dwa bardzo ważne pytania. Natychmiast po jego odejściu porzuciłem „knucie” i zarządziłem naradę rodzinną. W jej toku doszliśmy do wniosku, że natręctwo chor. Masłowskiego może mi bardzo utrudnić dosyć już wtedy bogatą działalność konspiracyjną. Żeby się więc pozbyć tej natarczywości najlepiej będzie zgłosić się do jego biura tuż przed 20-tą, tak, aby zostawić mu jak najmniej czasu na sformułowanie tych “ważnych pytań”. Dodać, w tym miejscu należy, że w owych pięknych czasach, do których teraz tak wielu z lubością wzdycha, w godzinach od 20-ej do 6-ej rano obowiązywała t. zw. godzina milicyjna (w tym czasie tylko funkcjonariusze MO i SB mogli swobodnie poruszać się po mieście; spośród cywilów przywilej ten przysługiwał tylko posiadaczom specjalnych przepustek). Wyczekałem więc do 19.45 i z duszą na ramieniu, pełen złych przeczuć, wdrapałem się na II piętro Komendy Miejskiej MO, gdzie swe gniazdko uwiła SB. Przyjęto mnie tam jak rzadko widywanego przyjaciela i bez żadnych wyjaśnień zamknięto w pustym pokoju biurowym usilnie prosząc, abym czas oczekiwania na chor. Masłowskiego, który akurat musiał wyjechać w pilnej sprawie, skrócił sobie lekturą wydawnictw drugiego obiegu, których cały stosik ze złośliwym uśmieszkiem podsunął mi mój rozmówca. Z propozycji nie skorzystałem preferując lekturę książki, którą przypadkiem miałem przy sobie. Posągowe oblicze chor. Masłowskiego było mi dane ujrzeć dopiero koło północy. Był chyba niewyspany i nieskłonny do dyskusji, którą usiłowałem zagaić. Bez żadnych wyjaśnień, wsiadł ze mną do samochodu i po 30 minutach szaleńczej jazdy zatrzymaliśmy się przed budynkiem lubelskiego aresztu MO przy ul. Północnej gdzie spędziłem resztę nocy. Dopiero rano, podczas transportu do więzienia przy ul. Południowej, od spotkanego w milicyjnej “suce” kolegi z Zakładów Azotowych, Henryka Sztaby dowiedziałem się, że obydwaj zostaliśmy internowani na czas nieokreślony. Szczegóły dotyczące wydarzeń tego dnia i dnia poprzedniego przedstawiłem w Zapiskach pod datą 22.IX.1982.

Muszę przyznać, że internowanie nie było dla mnie takim kataklizmem, jak dla większości kolegów, gdyż prowadząc od 13 grudnia bardzo ożywioną działalność konspiracyjną na kilku frontach (m. in. redakcja Biuletynu „Solidarność Ziemi Puławskiej” i współpraca z wydawnictwem KON, współpraca z Wydawnictwem „Familia”) byłem kompletnie wyczerpany zarówno fizycznie jak i psychicznie i łaknąłem wypoczynku jak kania dżdżu. Internowanie przyjąłem zatem jako dopust Boży a zarazem bardzo pożądaną okazję do odsapnięcia, wyspania się, zastanowienia co dalej, a także – wiedziony wrodzoną ciekawością - jako jedyną może w życiu okazję do poznania życia więziennego od wewnątrz. Dlatego też, żeby okazję tę wykorzystać jak najlepiej, a także z przyczyn podanych niżej, w ciągu 86 dni internowania prowadziłem codzienne zapiski najważniejszych wydarzeń. Notatki te zostały spisane na arkuszach papieru z papeterii lub na kartkach wyrwanych z zeszytu. Zebrało się tych kartek ponad 50.

Zamieszczony poniżej tekst został bez żadnych zmian przepisany z rękopisu, mimo że obecnie, po ćwierćwieczu, nie wszystkie swoje ówczesne oceny i poglądy podzielam a w tekście znajduję wiele powtórzeń, nieistotnych szczegółów i błędów stylistycznych. Wydaje mi się bowiem, że autentyczność przekazu jest dużo ważniejsza od poprawności stylistycznej, czy wartkości narracji. Chodziło mi również o to, żeby nie uronić nic z niepowtarzalnej atmosfery, która panowała wówczas w celi 15 (a także w innych celach) lubelskiego Ośrodka Odosobnienia. Tam, gdzie to wydawało mi się konieczne dla zrozumienia tekstu, Zapiski opatrzyłem załącznikami i przypisami. W przypisach zamieściłem również fragmenty nieocenzurowanej korespondencji, którą wówczas prowadziłem z członkami mojej rodziny oraz z niektórymi kolegami. Reprinty oryginalnego rękopisu Zapisków stanowią Załącznik 13 do niniejszego tekstu.

Zapiski powstały na zamówienie odwiedzających mnie członków rodziny, którzy ciekawi życie więziennego w czasie wizyt zadawali mnóstwo pytań uszczuplając w ten sposób czas, który mogliśmy poświęcić sprawom naprawdę ważnym. Obiecałem im więc, że wszystko, co ich interesuje będę systematycznie spisywał i przekazywał im w czasie wizyt. Przed każdą wizytą kartki z rękopisem (a także z osobistą korespondencją, artykułami do prasy podziemnej itp. tekstami nie przeznaczonymi dla oczu cenzora) wsuwałem między pracowicie rozdzielone warstwy falistej tektury w kartonowym pudle, w którym otrzymywałem z domu zamówione przedmioty i przekazywałem brudne lub zbędne. W czasie wizyty wystarczało zatem wymienić moje, spreparowane pudełko na podobne, przywiezione przez osobę wizytującą aby rękopis znalazł się poza murami więzienia. Można też było przekazać rękopis „z rączki do rączki” pod stołem, ale ta metoda była już bardziej ryzykowna, bo jednak przed wizytami zdarzały się kipisze i rewizje osobiste.


Niezależnie od sposobu przekazywania rękopisów nigdy nie powierzałem im informacji, które mogłyby kogokolwiek obciążyć lub przysporzyć mu jakichś kłopotów. Dlatego też nie ma w nich ani słowa wzmianki o tym, że w czasie pierwszej wizyty w Ośrodku Mai Komorowskiej doszło do poufnej rozmowy w trójkącie: Maja Komorowska, Komendant Ośrodka p. Kwiecień i ja[6], w czasie której poczyniliśmy kilka istotnych ustaleń. Komendant Kwiecień – wiele ryzykując - przedstawił nam się jako rdzenny Puławiak, urodzony i wychowany w Osadzie Pałacowej o kilka kroków od siedziby IUNG (którego byłem pracownikiem), wielki admirator wszystkiego, co pochodzi z Puław i „Solidarności”, w tym szczególnie Biuletynu Informacyjnego „Solidarność” Ziemi Puławskiej, w którym w 1981 r. opublikowałem kilkadziesiąt artykułów. Oświadczył, że jego sympatia dla „Solidarności” nakazuje mu stworzenie nam możliwie dobrych warunków, ale może się z tego zobowiązania wywiązać tylko wtedy, gdy mu w tym trochę pomożemy. Prosił w zasadzie o trzy rzeczy: żebyśmy w czasie demonstracji na spacerniaku unikali publicznych ataków personalnych[7] i inwektyw adresowanych do władz państwowych[8] oraz starali się ułożyć sobie poprawne stosunki z klawiszami, bo oni potrafią nie łamiąc regulaminu obrzydzić więźniom życie[9]. Prosił również, żeby wszystkie nasze postulaty zgłaszać bezpośrednio do niego z pominięciem drogi służbowej przez oddziałowego por. Wronkę. Po namyśle uznałem wszystkie te postulaty za zasadne i obiecałem dyskretnie przekonywać kolegów do ich przestrzegania nie wspominając jednakże o naszej rozmowie Wydaje mi się, że obydwu nam udało się dotrzymać swoich zobowiązań. Odtąd komendant Kwiecień często zaglądał do celi 15 pytając o nasze potrzeby; kilkakrotnie zdarzyły się nawet pozaregulaminowe wizyty komendanta o charakterze towarzyskim.

Prowadzenie Zapisków ułatwiało mi również pisanie artykułów do prasy podziemnej bez zwracania uwagi kolegów z celi (Załącznik 5). Zasady konspiracji obowiązywały bowiem nawet wśród najbardziej zaufanych[10]. Koledzy szybko przywykli do tego że, wieczorami zwykłem sobie zapisywać wydarzenia mijającego dnia, wyłączając się chwilowo z ogólnej wymiany myśli i przestali zwracać uwagę na to co robię.

W zapiskach nie mogłem również zawrzeć informacji, że podstawowym źródłem informacji o tym, co się dzieje w Polsce i na świecie, były dla nas - obok przekazów od rodzin w czasie widzeń i korespondencji[11] - audycje Radia Wolna Europa. Miniaturowy odbiornik radiowy już na drugim widzeniu przemyciła do więzienia żona Andrzeja Zaranka. Urządzenie to zostało ukryte w podwójnym dnie specjalnie spreparowanego tekturowego pudełka od mleka w proszku tak udatnie, że pudełko to przy żadnym kipiszu nie wzbudziło zainteresowania klawiszów. Codziennie wieczorem Andrzej wyłączał się z życia celi, właził na pryczę, przykrywał się z głową kocem i wysłuchiwał aktualnych wiadomości. Najważniejsze z nich przekazywał 2-3 wybranym kolegom dopiero nazajutrz rano, a ci kolportowali informacje publicznie powołując się na różne lipne źródła (klawisz, odwiedzający, więźniowie kryminalni, odwiedzający nas księża itp.) lub na własną intuicję. Ten sposób kolportowania informacji zaproponował nam Henryk Sztaba, którego szczególny status w naszej społeczności wynikał z faktu, że był on doświadczonym bywalcem kilku więzień w latach 50-tych, kiedy to jako młody nowicjusz franciszkański odsiadywał kilkuletni wyrok za działalność w zakazanym harcerstwie. W więzieniu czuł się jak ryba w wodzie, był zawsze pogodny i tryskający humorem. To on był inspiratorem naszego wewnętrznego regulaminu, on przekonał nas, że znacznie korzystniej jest regularnie myć kibel i sprzątać celę niż żyć w chlewie, on wprowadził porządek w sprawach najdrażliwszych np. zasad użytkowania ubikacji w wieloosobowej celi, on ułożył nasze stosunki z klawiszami na przyjaznej stopie i w końcu on przekonał nas, że najlepszym sposobem przetrwania więzienia w jakim takim stanie jest założenie, że posiedzi się raczej dłużej niż krócej oraz narzucenie sobie kilku podstawowych zasad współżycia. Co więcej niezależnie od okoliczności i pory dnia Henio był zawsze gotów do niesienia pomocy koledze gorzej znoszącemu warunki więzienne. Dzięki niemu w naszej celi nigdy nie było niesnasek i kłótni, a często panowała wesołość zgoła nie pasująca do okoliczności. O naszym niemal bałwochwalczym stosunku do Henia Sztaby może świadczyć gryps[12], który do niego wysłałem z Ośrodka Odosobnienia już po jego zwolnieniu z Ośrodka. Oto jego fragment:

 

Lublin 1.IX.1982

Prymusie[13],

Twój list sprawił nam wszystkim ogromną radość. Motto bardzo trafne, ale nie nam myśl w nim zawartą należy przypominać. Trzymamy się tak samo twardo jak za Twoich dni. Często tu ciebie wspominamy bo – bez przesady – wywarłeś na naszym życiu niezatarte piętno do tego stopnia, że wieczorem, po zgaszeniu światła, czujemy twoją obecność na znanym ci wyrku. Zajmuje je obecnie nie znany ci Zenek z S.R.I., ale łóżko nadal uchodzi za twoje. Nie bierz tego tylko dosłownie i nie obejmij go czasem w posiadanie od nowa. Uważaj na siebie jak tylko możesz. Moc wiadomości o tobie mamy przez Z. Bardzo się cieszymy, że humor ci nadal dopisuje, że nie straciłeś nic z ujmującego sposobu bycia, jaki demonstrowałeś w internacie. Trochę to co piszę brzmi jak laurka, ale takie zostawiłeś po sobie wspomnienia.

Przyjmij od wszystkich tych, którzy cię znali osobiście, jak i od tych, którzy tylko o tobie słyszeli, serdeczne pozdrowienia, a ode mnie dodatkowo wyrazy głębokiej wdzięczności za opiekę, którą otaczasz moją rodzinę. S.

I jeszcze jedna – ostatnia już – uwaga. W tekście Zapisków bardzo często prezentuję różne poglądy opatrzone zaimkiem „nasze” albo zwrotu „my uważamy”. Były to uzgodnione w trakcie dyskusji poglądy „ponumerowanych” (zwykłych lub honorowych)[14] mieszkańców celi 15, a nie ogółu internowanych w Lublinie. Ci „ponumerowani” to:

Pierwszy – Henryk Sztaba - pracownik ZA Puławy

Drugi – Stanisław Głażewski – pracownik IUNG w Puławach

Trzeci - Andrzej Zaranek – pracownik DOKP w Lublinie

Czwarty - Jan Stepek – doktorant KUL

Piąty - Zenon Wysokiński – rolnik indywidualny z Łęcznej

Siódmy – Tadeusz Pałaszewski (honorowy) – pracownik DOKP w Lublinie

Czternasty – Janusz Krupski (honorowy) – doktorant KUL

 

Po tych kilku uwagach prezentuję w całości oryginalny tekst Zapisków z 1982 r. wiernie przepisany z rękopisu pieczołowicie przechowanego przez moją żonę:


ZAPISKI

Stanisława Głażewskiego z Ośrodka Odosobnienia dla internowanych w Lublinie

obejmujące okres od 30.VIII do 25.XI.1982 r.

 

30.VIII. Godz. 10.30 rewizja i wezwanie w charakterze świadka na rozmowę urzędową[15].

Godz. 19.50 zgłoszenie do KM MO – po 3-godzinnym oczekiwaniu bez przesłuchania transport do Lublina na Północną[16]. Tam o godz. 24-ej wręczenie decyzji o internowaniu, rewizja osobista i nocleg w celi nr 42 (6 prycz + kibel) razem z jednym kolejarzem i 2 kryminalistami.

 

31.VIII Godz. 5.30 pobudka, wynoszenie kibla, mycie itp. Godz. 8.00 przejście do celi z 12 kryminalistami i śniadanie (chleb + kawa w misce + biały ser[17]). Oczekiwanie na transport.

Godz. 9.00 spotkanie z p. H[enrykiem] S[ztabą], transport 2-przedziałową więźniarką na Południową. Tam 0,5-godzinne oczekiwanie w klatce z 19 kryminalistami, wciągnięcie do ewidencji i przejście na oddział internowanych, cela nr 15 (8-osobowa)[18]. Siedzimy we trójkę. Obiad o 13.00: grochówka + makaron z kapustą. Fasowanie pościeli, misek i bielizny. Kolacja 17.00: 0,5 kg chleba (na cały dzień) + margaryna + kawa. Światło gaszone o 22.00. Nastrój b. dobry.

 

1.IX.[19]Godz. 7.00 śniadanie (zupa mleczna). Dostaliśmy szachy i książki + gazety[20]. Godz. 13.00 obiad: kapuśniak + makaron. 17.00 kolacja: chleb + margaryna + 2 naleśniki z marmoladą + kawa. Czytanie, rozmowa, spacer po celi[21].

 

2.IX. 7-ma śniadanie (zupa mleczna), 13.00 obiad: kapuśniak z burakami + kasza z sosem. Pisanie odwołań i listów oraz podania o talony na paczkę[22]. Tuż po obiedzie paczka od Z[23]. Trafiona w 10-kę. Jest masło, smalec, jabłka, pomidory, herbata, cukier, szarlotka, bielizna i masę papierosów. Jest nawet cebula i dżem z cz. porzeczki. Czytam Kapitana Blooda i cieszę się z wyżerki. Nastrój b. dobry. Wiadomości z prasy o rozruchach.

3.IX. Piątek

Śniadanie – jajko, ryż na mleku. Godz. 10-ta wizyta p. Kwietnia. Zapowiedź spaceru od dziś, mszy w niedzielę i wizyt rodzin we wtorek. Jest nas 13-tu + „kryminaliści” z Chełma internowani profilaktycznie. Na początku przyszłego tygodnia ma zapaść decyzja, czy będziemy zwolnieni, czy przewiezieni do innych ośrodków, czy zostanie zorganizowany ośrodek w Lublinie. Do tego czasu cele zamknięte. Dziś była łaźnia.

Jest nas 14:

Cela nr 11: Mirosław Misiec- PST BR Chełm

Roman Zych – rzemieślnik Chełm,

Jerzy Zakrzewski – rzemieślnik Krasnystaw.

Cela nr 13: Aleksander Greguła – PKP St. Lublin,

Andrzej Pieniążek – MPK Lublin,

J. Jaworski – POLMOZBYT Lublin

M. Gałkowski – MPK Lublin,

Tadeusz Pałaszewski – DOKP Lublin

W. Michaluk – OWT i M Lublin

Z. Wojnicki – OWP i T Lublin

K. Choina PZZ Lublin.

Cela nr 15: Stanisław Głażewski – IUNG Puławy,

Henryk Sztaba – ZA Puławy,

Andrzej Zaranek PKP Lublin.

 

4.IX. Sobota. Prześwietlenie, spacer 1 godz. - ciepło i słonecznie. Informacja o przewiezieniu do Kwidzyna, nieoficjalna ale b. prawdopodobna. Czytamy, rozmawiamy.

 

5.IX. Niedziela. Spacer (b. ciepło, słońce). Czekamy na mszę. Msza św. w świetlicy o godz. 17-ej tylko dla internowanych, dla skazanych jest o 18-ej. Potem czytanie, rozmowa i o 21-ej gaszenie światła. Cele nadal zamknięte ale reżim wyraźnie zelżał. Można dostać wrzątek a nawet odwiedzić inne cele. Dzisiaj zacząłem ukorzeniać gałązki wierzby z więziennego dziedzińca.

 

6.IX. Poniedziałek. Dzień jak co dzień. Rano śniadanie, spacer z opalaniem. Nadal wesoło i nastrój dobry. Dziś o 20-ej mija tydzień od chwili naszego internowania. Uczciliśmy to toastem wzniesionym kawą (zbożową). O 13-ej obiad, potem rozmowy do kolacji i dalej rozmowy na

tematy dowolne. Przygotowujemy się do jutrzejszych odwiedzin jeśli w ogóle będą oraz na decyzję o naszym dalszym losie. Jak dotąd nie widzieliśmy Ubeka i nikt nie był przesłuchiwany. Po prostu nikt się nami nie interesuje[24]. Informacje o wypadkach 31.VIII mamy tylko z PR[25]. Dziś informacja o zajęciu przez „S” ambasady w Szwajcarii.


Ilustracja-1

Ilustracja 1. Niewykorzystany talon na paczkę żywnościową wystawiony przez Komendanta Ośrodka Odosobnienia 2.IX.1982 r.

 

Oprócz 14 internowanych za „niezaprzestanie działalności w zawieszonym NSZZ S”, siedzi z nami 11-tu z Chełma, internowanych za nieróbstwo, pijaństwo i rozróby. Początkowo myśleliśmy, że chcą ich z nami zmieszać, żeby dodatkowo obciążyć ekstremę zarzutami natury obyczajowej. Tymczasem starannie ich od nas izolują. Siedzą w oddzielnej celi nr 8, spacer mają w innych godzinach, oddzielnie byli prześwietlani itp. Dotychczas spotkaliśmy ich tylko raz: w niedzielę na mszy. Co to ma znaczyć – nie wiemy[26].

 

7.IX. Wtorek. Zaczęliśmy 2 tydzień internowania. Jak dotąd można wytrzymać. Nie nudzimy się – raczej brak nam czasu. Jedzenie raz niezłe – raz podłe, ale mamy swoje. Do zamknięcia można się przyzwyczaić. Dziś czekamy na wizyty, ale jak dotąd nie zostało to potwierdzone. Gdyby nie było – byłby okropny zawód. Ale i to przetrzymamy.

Wizyty były[27]. Wielkie święto, potem zbiorowe obżarstwo. Wieczorem wspomnienia z domu.

 

8.IX. Po spacerze wizyta p. Kwietnia. Zapowiedź dodatkowej godziny otwartych cel po spacerze oraz telewizji co drugi dzień od 19 do 22. Pierwszy raz obejrzeliśmy dziennik ze szczególnym uwzględnieniem programu o zamieszkach 31.VIII. O godz. 17.00 wizyta księdza Rojka. Obietnica dostarczenia książek i czasopism katolickich. Z informacji p. Kwietnia wynika, że nasz tymczasowy status przedłuża się – nie jest więc wykluczone, że zostaniemy tu jakiś czas. Na razie trwają przesłuchania. Wczoraj przesłuchiwano 3 kolegów z Chełma, dziś 2 z lubelskiej poczty. Schemat stary: straszenie, grożenie, obietnice za podpisanie lojalki itp.

 

9.IX. Dzień bez historii. Jedyna atrakcja to deszcz w czasie spaceru. Pierwszą godzinę otwartych cel po spacerze spędziliśmy właściwie w celach. Na korytarzu brudno, ciemno, zimno i nie ma co robić – lepiej już siedzieć. Jedyną zaletą tej godziny jest to, że możemy sobie zagotować herbatę grzałkami – kontakty są na korytarzu. W czasie spaceru zebraliśmy nasiona cisa z dziedzińca więziennego z myślą alei internowanych przy kościele w Puławach[28]. Zaczynamy prowadzić kolejno prelekcje na razie w poszczególnych celach. Dziś przesłuchania odbyli dwaj koledzy z łączności lubelskiej. Poza tym czytanie, rozmowy, jedzenie.

 

10.IX. Piątek. Dziś spacer przy pięknej pogodzie; opalanie, potem sprzątanie celi, mycie wychodka itp. Przed obiadem łaźnia, wymiana bielizny osobistej i pościelowej. Zrobiłem lusterko dla Z. Wieczorem po dzienniku i normalnej porcji wiązanek zamiast komentarza – pierwszy mecz piłki nożnej (szmacianka) w świetlicy. Mecz zacięty, choć wynik 0:0. Jutro szykujemy się na mecz w czasie spaceru na świeżym powietrzu. Zrezygnowaliśmy z rytualnej kawy wieczornej ze względu na brom i przestawiamy się na własną herbatę. Zaczynamy nieśmiało marzyć o wizytach wtorkowych – jeśli do nich dojdzie po poniedziałku (13-ty) lub jeśli nas wcześniej nie wywiozą. Nastrój nadal dobry – nikt się nie łamie. Stosunki z klawiszami wzorowe, z niektórymi nawet przyjacielskie. Informacje (niecenzurowane[29]) o wydarzeniach z 31.VIII. podnoszą nas na duchu jak mało co. Mówi się o decyzji w naszej sprawie w poniedziałek, ale dużo wskazuje, że zostaniemy w Lublinie, zasileni internowanymi w okolicach 13-go. Planujemy 13-go wystawić płonące kaganki (margaryna w piętce od chleba) w oknach.

Dziś przez moment po raz pierwszy widzieliśmy „wolność” przez otwartą bramę kicia[30].


11.IX. Sobota. Nic szczególnego. H III[31] dostał z domu paczkę. Była wyżerka. Na spacerze piłka nożno-wodna zakończona zaziębieniem większości zawodników.

 

12.IX. Przed południem norma. Po południu dodatkowe zezwolenie na film ze „Starego kina”. Potem msza. Dziś nasz dzień TV. Oglądamy dziennik z Sandauerem. Filmu rosyjskiego nie oglądamy prosząc raczej o zamknięcie w celach.

 

13.IX. Dziś nastrój podniosły – 9-ta rocznica wojny[32]. Nawet na spacerze nastrój poważny. Mija 2 tydzień naszego internowania. Na spacerze komendant zapowiedział złagodzenie rygoru – pół dnia otwartych cel. Żadnych decyzji w naszej sprawie do dziś nie ma, ale wywiezienie nam raczej nie grozi. Przy okazji smutna wiadomość: widzenie raz w miesiącu, chyba, że wypadnie jakaś nagła sprawa (można ją sobie wymyślić – może być prywatna, ale może być i służbowa). Nastrój nie najlepszy, bo jednak czekaliśmy na odwiedziny, które mogą nie dojść do skutku. Jak dotąd z Kościoła dostaliśmy tylko paczkę proszku do prania, szczotkę do zębów i święty obrazek.

Wieczorem o 21-ej po zgaszeniu światła zapalamy w oknie kaganki (kromka chleba wydrążona i wypełniona „maryśką”[33], knot z troczka od gaci).

Od jutra zaczynamy się organizować i rozpoczynamy stałe wykłady z dyskusjami. Spaceru nam nie przedłużą, bo spacernik służy również kryminalistom z bloku 4 i z łącznika. Na jutro zapowiedziana wypiska. Pogoda ładna, ale spacery robią nam wcześnie rano o 8-9, kiedy jest jeszcze chłodno. Jedzenie okropne, ale dopóki mamy zapasy, nie jest źle. Po prostu kazionnego nie jemy. W kawie brom więc staramy się pić tylko herbatę. Za chwilę będzie fryzjer. Zdecydowaliśmy się ostrzyc na zapałkę; będzie łatwiej utrzymać czystość[34].

Godz.19-ta. Zapaliliśmy znicz z maryśki i świecę ze stearyny od sera szwajcarskiego. Będą się palić kilka godzin i nawet tak bardzo nie śmierdzą. Nastrój świąteczny. Doszły nas wiadomości o masowych aresztowaniach w wojsku – nie wiemy ile w tym prawdy[35].

Czytam doskonałą książkę Andrzeja Ajnenkiela „Polskie konstytucje” wyd. w 1982 r. przez „Wiedzę Powszechną” w serii OMEGA. Chciałbym ją mieć na własność.

Wiadomość o rozruchach w wojsku potwierdziła się. W naszym więzieniu siedzi już ponad 60 żołnierzy i ciągle dochodzą nowi.

 

14.IX. Dziś zapowiedziano wypiskę – pierwszą. Zobaczymy co uda się kupić, ale raczej nastawiamy się na materiały piśmienne. Jesteśmy zdegustowani zupełnym brakiem zainteresowania nami Kurii Lubelskiej i Kościoła w ogóle. Oprócz mszy, obrazków i proszku do prania – zupełnie nic, mimo że prosiliśmy o książki i czasopisma religijne.

 

Wtorek 14.IX.82. Odwiedziny: byli Zdzisia z Krzysztofkiem i z ogromnymi tobołami. Trochę smutno, bo to ostatnia wizyta we wrześniu; w październiku ze Zdzisią może przyjedzie Łukaszek. Po wizytach wyżerka. Wieczorem palimy znicz. Dzisiaj nasz dzień telewizyjny: oglądamy Chłopów, bez emocji, bo film do bani[36].

15.IX.82 środa. Rano słonecznie - opalamy się. Po spacerze wizyta oficera Wronki – niezbyt przyjemna. Wypytywał o nazwiska, miejsce zamieszkania i pracy. Trochę groził zaostrzeniem rygoru w razie złego sprawowania. Powiedzieliśmy, że jak będą nas traktować jak ludzi to i my będziemy się zachowywać jak ludzie – mamy zamiar dotrzymać słowa nie stosując się jednak w całości do regulaminu. Np. nie odpowiada nam apel na stojąco, więc demonstracyjnie leżymy, gramy w karty itp. Dostaliśmy kilkustronicowe zarządzenie komendanta na temat regulaminu (Załącznik 3). Po południu zrobiliśmy karty do gry z okładek od papeterii (Załącznik 4), a następnie graliśmy w tysiąca. Przerwał nam ks. Rojek wizytą w celi. Dostaliśmy medaliki i obietnicę pomocy żywnościowej jeśli Kuria coś dostanie – obecnie nie mają nic. Liczba zapudłowanych żołnierzy nadal rośnie – jest ich już ponad 70-ciu.

Rano była wypiska, ale zawiedliśmy się: tylko papierosy, zeszyty i papeterie. Papierosów na wypiskę po 12 paczek (24 miesięcznie). Klawisze wszyscy b. sympatyczni i uczynni. Żyjemy w przyjaźni. Dostajemy codziennie gazety: TL, Szt. Lud., Sz. M. lub Kurier.

 

16.IX.82. Spacer pogodnie – opalamy się. Po spacerze wycinamy ze styropianu znalezionego w świetlicy dużego orła w koronie i krzyż nad drzwi. Wieczorem telewizja film kryminalny. Dzisiejsze menu:

Śniadanie: makaron na mleku

Obiad: barszcz czerwony z kapustą i kasza pęcak z sosem, w którym pływają kawałki słoniny

Kolacja: Czarna kawa, ½ kg chleba, jajko na twardo, biały ser.

 

17.IX. 50-te urodziny H. Sztaby. Po spacerze przyjęcie: dwa rodzaje ciasta, cukierki, herbata, 4 gatunki papierosów i wytworna rozmowa. Jest laurka podpisana przez całą 15-kę i podrzucanie jubilata. Po uroczystości łaźnia – potem do obiadu sjesta. Po objedzie sjesty d. c. i obmyślanie winiety na papier listowy. Największe uznanie zyskał motyw „S” z wpisaną literą „I”[37]. Menu:

Śniadanie: ryż na mleku

Obiad: grochówka, śledzie smażone z kapustą i ziemniakami

Kolacja: chleb ½, maryśka, ser biały, kawa biała (pierwszy raz).

Wieczorem gra w 1000 własnoręcznie wykonanymi kartami. Gruba przegrana.


18.IX.82. Śniadanie: manna na mleku, obiad: kapuśniak, kluski z serem, kolacja: chleb, kawa czarna, maryśka i dżem truskawkowy. Prawie cały dzień przegrany w karty. Sprzątanie celi. Jeszcze jeden dzień bez historii. Wieczorem film o zamachu w Sarajewie. Dziwi nas, że w DTV nie mówi się nic o sejmie, czyżby ludowy parlament nareszcie się zbuntował po piłatowym przemówieniu Kiszczaka? W łóżkach dyskusja nad wystąpieniem Kiszczaka i wcześniejszym Dobraczyńskiego.

 

Rozkład dnia według regulaminu[38]

  1. Pobudka – 7.00 (z reguły śpimy, chyba że ktoś nie może).

  2. Apel poranny – 7.15 – 7.30. Wchodzi oficer dyżurny i liczy. Regulaminowo powinniśmy stać a starszy celi powinien meldować stan. My śpimy nadal i nie mamy starszego.

  3. Śniadanie – 7.30 – 8.00. Przez karmnik w drzwiach podajemy miski, w które kalifaktor[39] nalewa zupę mleczną.

  4. Spacer w grupach 8.00 – 10.00. My mamy wyznaczony czas spaceru od 9-ej do 10-ej.

  5. Zajęcia porządkowe w grupach 10.00 – 13.00. Mamy celę otwartą od 10 do 11 możemy prać, zagotować herbatę itp. Potem do obiadu cela zamknięta.

  6. Obiad 13.30 – 14.30 . Przez karmnik podajemy miski a kalifaktorzy napełniają je.

  7. Czas wolny 16.00 – 17.30. Cele otwarte. Mycie naczyń w łazience ogólnej gdzie jest ciepła woda, pranie, mycie itp.

  8. Kolacja 17.30 – 18.15. Cele zamknięte, karmią przez karmnik kalifaktorzy. Dostajemy ½ kg chleba na łeb i ¼ kostki margaryny. To zapas na cały następny dzień.

  9. Apel wieczorny 18.15 – 19.00 Najczęściej gramy w karty nie zważając na regulamin.

  10. Zajęcia kulturalno-oświatowe 19.00 – 22.00. Co drugi dzień możemy w tym czasie oglądać telewizję. Co drugi dzień cele zamknięte bo rekreację ma grupa internowanych kryminalistów.

  11. 22.15 Cisza nocna.

 

19.IX.82. Niedziela. Rano w czasie spaceru wysłuchaliśmy mszy z kość. Św Krzyża[40] i omówienia oświadczenia Episkopatu – duża satysfakcja i wysoka ocena.

Śniadanie: kluski na mleku

Obiad: Barszcz czerwony, kotlet mielony + ziemniaki

Kolacja: Chleb, maryśka, biały ser.

Przed mszą ks. Rojek przyniósł nam trochę smakołyków zebranych w terenie: smalec, wiejskie masło, leki, herbata[41].

20.IX. Poniedziałek. Od rana sensacja. Jeden z internowanych z celi 13 „Dzidziuś” (W. Michaluk) dostał polecenie pakowania manatków gdyż idzie do domu. Poszedł z wielką ochotą i radością bo to był straszny maminsynek i ryfa. Dopiero w administracji dowiedział się, że jedzie nie do domu, ale do Kwidzyna. Jest nas więc już tylko 14-tu i wyraźnie coś się rusza. Każdego z nas może to samo spotkać dziś czy jutro. Ks. Rojek też z nami się żegnał aluzją, że w środę możemy się już nie zobaczyć – może coś wie? Na wszelki wypadek jesteśmy gotowi – o niczym innym się zresztą nie mówi.[42] Menu:

śniadanie: grochówka

obiad: zupa ryżowa, ziemniaki, pulpet z sosem

kolacja: chleb + maryśka + biały ser, kawa biała.

Dziś po raz pierwszy była otwarta biblioteka[43]. Wziąłem 2 tomy Gibbona – Zmierzch Cesarstwa Rzymskiego. Wieczorem teatr G. Zapolskiej „Dzień jego powrotu” z Jandą. Telewizor mamy kolorowy – dar Kurii Lubelskiej[44].

 

21.IX. Wtorek. Pierwszy dzień jesieni, a co ważniejsze, dzień wizyt. Nikt nie liczy na odwiedziny, ale nikt nie mógł w nocy spać i zerwaliśmy się już o dziwo o godzinie 7-ej – tak jak każe regulamin

i do spaceru pętaliśmy się po celi. Ja nie liczę na odwiedziny, bo już miałem 2-krotnie ale na wszelki wypadek jestem przygotowany. Po spacerze gramy w karty, żeby zabić czas. Wygrywa jak zawsze Pierwszy. Przy okazji; ponumerowaliśmy się w celi i dla wygody używamy liczebników. Pierwszym jest Sztaba (50-latek), ja Drugim (45). Trzeci jest dużo młodszy (Zaranek 38 l). Pierwsi dwaj są zresztą najstarsi w całym internacie – reszta to szczeniaki. Za chwilę obiad, a na wizyty nas nie wzywają. Trzeba więc będzie pospać dla odprężenia. Jednak przyszła. O dziwo wpuścili Niedźwiedzia[45] po raz trzeci z kolei. Wcale się im nie dziwię, bo w nowej bluzce wygląda zniewalająco. Jest oczywiście olbrzymia paka i cała lista pozdrowień. Te odwiedziny, to całkiem fajna rzecz. Otrzymałem polecenie ścięcia wąsów, poza tym same komplementy. Była też żona Trzeciego z sernikiem – palce lizać.


Ilustracja-2

Ilustracja 2. Plan sytuacyjny Pawilonu III (z zaznaczeniem usytuowania naszej celi nr 15) oraz spacerniaka. Rysunki przedstawione na Ilustracjach 2 – 5 zostały wykonane przez S. Głażewskiego dla syna, 9-letniego Łukasza żeby „wiedział na jakim terenie spędzamy dnie i noce” i załączone do listu z 19.IX.82 .(Przypis do Zapisków z 19.IX.)

 

Ilustracja-3

Ilustracja 3. Góra: Widok Pawilonu III od strony spacerniaka z zaznaczeniem wejścia do budynku oraz okien cel 1–9, dyżurki klawiszy, łazienki, biura wychowawcy, biblioteki i świetlicy.

Dół: Rzut poziomy celi nr 15 z zaznaczeniem jej wymiarów, wyposażenia i prycz poszczególnych użytkowników.

 

Ilustracja-4

Ilustracja 4. Rzut pionowy ściany południowej (góra) i ściany północnej (dół) celi nr 15 z zaznaczeniem wyposażenia.

 

Ilustracja-5

Ilustracja 5. Rzut pionowy ściany wschodniej (góra) i ściany zachodniej (dół) celi nr 15 z zaznaczeniem wyposażenia.

Uzgodniliśmy, że następna wizyta będzie dopiero za dwa tygodnie – na pewno Niedźwiedź przywiezie Łukasza[46], może przyjedzie również Ela[47]. Bardzo się cieszę. Obiadu już nie jemy, bo degustacja zajęła nam czas do kolacji. Dla celów statystycznych podaję menu: śniadanie: manna na mleku, obiad: kapuśniak, kluski z serem, kolacja: chleb, maryśka i jajko na twardo.

Śnią nam się fajne rzeczy, które dostaliśmy z domu, chociaż długo nie możemy zasnąć roztrząsając wiadomości i informacje z widzeń. Np. dopiero wczoraj dowiedzieliśmy się, że oprócz nas internowano na Lubelszczyźnie kilkudziesięciu Związkowców z FSC, Świdnika, Kraśnika itp. oraz, że zostali oni umieszczeni w nowo utworzonych ośrodkach w Zamościu i Hrubieszowie. Dotychczas zachodziliśmy w głowę jak to się stało, że nasi opiekunowie zaszczycili internowaniem tylko Lublin, Chełm i Puławy i to małe, nic nie znaczące zakłady, nie ruszając tych wielkich. Teraz wszystko jasne.[48]


22.IX. Środa. Dziś urodziny Niedźwiedzia. Wczoraj miałem Jej dać różę – poliantę ukradzioną na spacerniaku, ale przez to całe zamieszanie zapomniałem ją zabrać. Nastrój dzisiaj kiepski bo jesteśmy niewyspani, a ponad to każdy w swoim kącie przetrawia jeszcze raz wiadomości z domu. Podczas widzenia łapie je się tylko w locie – dopiero potem, jak u krowy wracają z powrotem do dokładnego przeanalizowania. Koło południa robi się wesoło jak zawsze.

Nasza cela wychodzi na północ. Oprócz krat widzimy pas siatki z drutem kolczastym, dalej mur też z drutem na wierzchu a jeszcze dalej trzy górne piętra „fortepianu[49]” i kilka kominów. Jak się dobrze wychylę widzę kogutek z kogutkowym (Ilustracja 6), ale tam staram się nie patrzeć. Nie zagląda natomiast do naszej celi słońce. Widzimy go tyle, co podczas spaceru. W nocy przylatuje czasem sowa. Inne ptaki nas unikają.

Jeśli chodzi o towarzystwo, to moi dwaj koledzy stanowią śmietankę w swoich środowiskach. Obaj myślą jak trzeba, tak, że nasze dyskusje są najczęściej bezprzedmiotowe. Wszyscy wiemy o co chodzi, a jeśli się różnimy, to tylko stopniem radykalizmu proponowanych rozwiązań. Gorzej w innych celach. Np. w 13-ce jest dwóch, co jeszcze wierzą w doskonałość doktryny[50] i chcą reformować system, wierzą również w skuteczność recepty: „niech każdy robi, co do niego należy i będzie dobrze”[51]. Nie znaczy to wcale, że są ugodowi – broń Boże – są najbardziej radykalni z nas, tylko jeszcze sobie wszystkiego nie przetrawili no i za często czytali TL[52]. Myślę, że po jakimś czasie będą z nich świadomi działacze całą gębą – pracujemy nad tym usilnie. Poza tym w 13-ce jest kierowca MPK – działacz robotniczy najwyższej klasy, prawnik – również palce lizać i trzech innych, którzy mają równie dobrze ułożone w głowie. W 11-ce siedzą wyłącznie Chełmiacy, w tym trzech internowanych po raz drugi. Jeden – rasowy działacz niestety stara się o emigrację. Jeden siedzi zupełnie przypadkowo – uchodzi zresztą za niezbyt pewnego. Pozostali dwaj to rzemieślnicy, wykazujący zmienne nastroje. Ogólnie biorąc to internaty są wspaniałą kuźnią świadomych kadr opozycyjnych. Część na pewno się wykruszy, ale ci, którzy się nie ugną – tzn. znakomita większość to nieprzejednani. Czasu tu dużo – można wszystko przedyskutować od góry do spodu, każda informacja jest wentylowana drobiazgowo. Tam skąd przyszedłem nie ma takich warunków, bo i czasu brakuje i są kłopoty ze zbieraniem większych grup. Tu załatwiła to sama władza. Poza tym, władza jakby o nas zapomniała – oprócz kilku przesłuchań na samym początku (tylko Chełm i Łączność) nic się w tym względzie nie dzieje. Chyba biorą nas na odporność nerwową, ale przeliczą się, gdyż większość jest nastawiona na długie kiblowanie, co automatycznie rodzi odporność na szantaże, obietnice itp. Okazuje się, że niemal wszyscy zostali internowani tak jak ja: po zaproszeniach lub zabraniu z domu na krótką rozmowę, w celu złożenia wyjaśnień itp. a potem do pudła. Taka to już maniera. Dlatego początki były ciężkie: brak papierosów, ubrania, noża, książki itp. Zresztą rygory tu wyraźnie zelżały. Z rozrzewnieniem przypominamy sobie próby nawiązania kontaktu w pierwszych dniach przez nawijanie z okna do okna. Wtedy naprawdę byliśmy dokładnie izolowani. Nawet kalifaktorzy byli w mundurach. Teraz cele są przez co najmniej 3 godz. dziennie otwarte, kalifaktorują nasi a klawisze ganiają na posługi. Ich stosunek do nas b. się zmienił. Byli widocznie nastawieni na pilnowanie wielkich i groźnych zbrodniarzy – teraz co najmniej 3 (na 4-ech) nadaje się śmiało do internowania. Bardzo nam ułatwiają życie. Pewnym problemem jest komendant bloku, Wronka, który zatruwał życie naszym poprzednikom, którzy czuli się zmuszeni zademonstrować swoje uczucia wieszając jego (i WRONy) podobiznę wyciętą ze styropianu na latarni. Była draka, która zadecydowała o wywiezieniu ich do Kwidzyna, gdzie solidnie dostali za swoje. Nas się jak dotąd nie czepia, podobno został solidnie opieprzony. Raz próbował podskakiwać. Usłyszał, że będziemy go traktować jak człowieka tylko wtedy, jeśli sami będziemy traktowani jak ludzie. Od tego czasu omija nas dużym łukiem ale z oczu patrzy mu paskudnie. Będzie chyba nowa draka.

 

Ilustracja-6

Ilustracja 6. Widok z okna celi nr 15. Rysował Trzeci, czyli Andrzej Zaranek, „sprawdził pod względem merytorycznym i formalnym” Czwarty czyli Jan Stepek.

 

Wczoraj zdarzyły się dwa nieprzyjemne incydenty. Nie dopuszczono do widzenia starych rodziców trzech kolegów, chociaż jest to zastrzeżone w regulaminie. Po awanturze wpuszczono ich na salę na 15 minut. Chcemy to dzisiaj wyjaśnić z komendantem, żeby na przyszłość takie rzeczy nie miały miejsca. Druga sprawa to fakt, że internowani kryminaliści popili się na widzeniu jak wieprze i przez całe popołudnie rozrabiali w celi aż ściany drżały. Jest to oczywiście grube naruszenie regulaminu a wina spada nie tylko na nich, ale i na nas – wszyscy mamy bowiem jeden status. Mogą nam za to skrócić lub odebrać spacer, całkowicie zamknąć cele, zabrać wypiskę itp., co bardzo skomplikuje nam życie. Najgorsza jest jednak opinia: internowani to nałogowi pijacy. Wewnątrz pawilonu i tak każdy wie jak było, ale na zewnątrz internowany polityczny i internowany kryminalista jest nierozróżnialny. Kto wie, czy nie właśnie dlatego trzymają nas razem. Tym bardziej, że ich znacznie bardziej widać z zewnątrz. Są agresywni, hałaśliwi, bluźnią jak należy,nałogowo piją czaj[53], śpiewają sprośne piosenki, urządzają kocią muzykę itp. A są ubrani jak my[54], „mieszkają” w tym samym pawilonie co my i tak samo jak my są internowani. Jest wśród nich facet, który spędził w kryminale 19 lat – chyba wystarczy.

Przy każdym zetknięciu się z gospodarką ludową człowiek musi kręcić głową z podziwu. Np. kolega, którego w poniedziałek wywieźli do Kwidzyna miał do swojej dyspozycji całą więźniarkę pędzoną dla niego kilkaset kilometrów.

Druga sprawa. Nasze więzienie pęka w szwach. W pawilonach śledczych łóżka są już 3-piętrowe a w izolatkach siedzi po czterech. Tymczasem w naszym pawilonie na 17 cel zajętych jest tylko 4 i to niekompletnie. Reszta stoi pusta. I bądź tu człeku mądry.

Menu: Śniadanie:owsianka na mleku

Obiad: krupnik i ziemniaki z bigosem

Kolacja: sakramentalna: chleb, maryśka i naleśniki z marmoladą. Kawa czarna, jak zawsze z bromem.

Wrócę jeszcze – póki pamiętam do 30.VIII. Zgłosiłem się do KM MO[55] o godz. 19.55 z wezwaniem na rozmowę “w sprawie urzędowej” ale po zapewnieniu p. Masłowskiego w czasie rewizji, w której nie uczestniczyłem, że chodzi tylko o wyjaśnienia. W portierni chcieli mnie początkowo spławić, ale w końcu napatoczył się jakiś facet, któremu moje nazwisko coś mówiło. Później mówił mi Sztaba , który został przywieziony do KM już przed 14-tą, że kilkakrotnie telefonowali – chyba do IUNG – może do Bochniarza albo Borowieckiego czy Głażewski się nie pojawił.


Chwilę poczekałem na korytarzu a następnie kazano mi czekać w którymś z pokojów – na co mam czekać nie mówili. Miałem przy sobie książkę Krzycha “Przygody Kapitana Blooda”, więc sobie czytałem. Co pół godziny ktoś pakował do pokoju głowę, ale ja nie odrywałem się od książki. Tak zleciał czas do 23-ej, praktycznie bez słowa z mojej strony. Krótko po 23-ej przyszedł obrzydliwy z wyglądu typ – blondyn w cywilu I kazał mi wyjąć wszystko z kieszeni – zapisał I kazał mi podpisać, że byłem dobrze traktowany – podpisałem bez słowa. Zrobił jeszcze tylko uwagę, że widocznie musiałem zdrowo narozrabiać jeśli zapadła taka decyzja. Jaka – nie powiedział, ale ja już się domyślałem. Powiedziałem, że nie wiem o co chodzi bo przez ostatnie 3 dni malowałem mieszkanie. Odpowiedział – dowcipnie – że widocznie nie mieszkanie i czerwoną farbą[56] i sprowadził mnie do czerwonego Fiata, gdzie czekało już dwóch innych. I tak we czwórkę przyjechaliśmy do Lublina. W drodze trochę drzemałem, trochę udawałem, że drzemię. Na Północnej[57] obudzili mnie nawet uprzejmie i zaprowadzili do mamra. Po spisaniu personaliów facet, który mnie przywiózł przeczytał mi decyzję o internowaniu nr 213 za “niezaprzestanie działalności w zawieszonym NSZZ Solidarność”. Decyzja była wypisana na maszynie a tylko dzień internowania – trzydziesty – był wpisany długopisem. Musiała więc być przygotowana wcześniej. Po tym wstępie zamknęli mnie w izolatce z gołymi dechami, które natychmiast zacząłem wypróbowywać tak dokładnie, że nawet zasnąłem. Po około pół godziny zawołali mnie z powrotem, kazali się rozebrać do majtek, obmacali ubranie, a wszystko, co miałem przy sobie spisali i wsadzili w worek. Potem z portkami w ręku pomaszerowałem do celi 41 – czteroosobowej. Było tam już 3 śpiących – jeden nasz i dwóch kryminalistów. Noc spędziłem prawie bezsennie – było mi zimno (portki i buty zostały pod celą) i twardo na gołych dechach. Poza tym kibel śmierdział jak zaraza. Rano o 5-ej pobudka i spacer do ubikacji. Miałem umiarkowaną przyjemność nieść kibel, który należało w ubikacji opróżnić. Można było przemyć sobie ręką oczy – co wykonałem. Po godzinie gawędy w celi – rozmawiałem tylko z tym naszym, zdjętym z lokomotywy kolejarzem, który oczekiwał 40-godzinnego kiblowania i wypuszczenia, podczas gdy kryminaliści do rozmowy się nie włączali tylko krążyli po celi w tę i z powrotem. Około 7-ej oddali mi portki i buty i zaprowadzili do izolatki, w której siedziałem już wieczorem, prawie zapełnionej na gęsto tzw. elementem. Było tam 7 złodziei okradających wagony kolejowe, 4 meliniarzy, 2 producentów księżycówki, 2 złodziejaszków kieszonkowych i ja. Posłuchałem co mieli do powiedzenia, zjadłem powitalne śniadanko złożone z dużej pajdy chleba, kawałka białego sera i czarnej kawy serwowanej w misce – zjadłem je zresztą z przyjemnością, bo głodny już byłem nie na żarty. O chlebie ze smalcem, który dostałem od Zdzisi w błysku jasnowidzenia oczywiście zapomniałem. Około 9-ej zabrali nas z dwóch takich zbiorówek – spotkałem wtedy po raz pierwszy Sztabę – i 29 aresztantów, w tym 2 internowanych, przewieźli luksusową, dwu przedziałową więźniarką do aresztu na Południową. W bramie staliśmy przez pół godziny zamknięci jak małpy w okratowanej klatce, wystawieni na taksujące spojrzenia obsługi. W pewnej chwili podszedł do klatki jakiś młody cywil z brodą i spytał, czy są w niej internowani. Nie przyznaliśmy się, bo wzięliśmy go za Ubeka. Okazało się później, że to Andrzej Zaranek, nasz obecny współtowarzysz z celi. Potem poszło już szybko. Formalności z wypisaniem karty w biurze, przy czym po interwencji komendanta ominęło nas pobieranie odcisków palców, oddanie depozytu i pod eskortą do pawilonu 3 do celi 15, do której zaraz potem dołączył Zaranek, który przez godzinę był gościem w celi 13 jako dziewiąty. Przez dwie godziny macaliśmy ze Sztabą Zaranka. Ocena wypadła pozytywnie, więc nastrój się rozkrochmalił. Przed obiadem dostaliśmy wyposażenie: aluminiowy talerz, miskę, kubek, łyżkę a ponadto dwa prześcieradła, podkoszulek, majtki, dwa ręczniki i ścierkę, dwa koce i poduszkę ze ścinków gąbki. Na obiad był barszcz czerwony i kasza z sosem. Od tej chwili zaczęło się normalne życie. To wszystko.

Jak przewidywałem, nastrój po porannym okresie zadumy po wczorajszych odwiedzinach zdecydowanie się poprawił. Były nawet akty świadczące o zdziecinnieniu, jak chodzenie po drzewie i pohukiwanie małpim sposobem, chóralne skandowanie „My chcemy do PRONcia” itp. Powstał nawet na poczekaniu wierszyk:

„Zamiast w kącie trącać PRONcie

Pracuj w Narodowym Froncie”

Przed chwilą dowiedzieliśmy się, że prącia internowanych kryminalistów zostały opanowane przez mendy. Zostali ogoleni gdzie trzeba, wykąpani i natarci maścią, ale boimy się, żeby te mendy nie przeszły do nas.

Do opisu przebiegu internowania muszę dodać jeszcze zabawny szczegół: zostaliśmy internowani ze Sztabą prawie równocześnie, on o godz. 13.30, ja o 19.55. Cały czas dokładnie nas izolowali mimo że żadnych przesłuchań nie było. Do Lublina jechaliśmy oddzielnymi samochodami. Izolowani byliśmy również na Północnej – gdy jego rewidowali i ewidencjonowali -ja siedziałem w separatce. Spaliśmy oddzielnie: on sam w pojedynce, ja z trzema innymi w celi zbiorowej. Szczelny mur został usunięty dopiero w czasie transportu na Południową. Jechaliśmy już razem i od tej chwili jesteśmy z konieczności nierozłączni. I zrozumieć tu władzę.

Dzisiaj mieliśmy wizytę księdza Rojka a żeby dopełnić wrażeń dnia w okolicach kolacji przybył nowy internowany. Jest więc nas 15-tu. Ten nowy jest właściwie stary, bo siedzi od 20.XII. Nazywa się Jan Toporowski, zaliczył Włodawę, Lublin, Kwidzyn i znów wrócił do Lublina, podobno za dobre sprawowanie. Jest z F[abryki]Ł[ożysk]T[ocznych] w Kraśniku. Przekazał nam informacje o przebiegu zajść w Kwidzynie. 7-go sierpnia uciekł jeden z internowanych. 14-go zostały wstrzymane widzenia z rodzinami, które już przyjechały. Głośny protest internowanych został stłumiony hydrantami przez funkcjonariuszy więziennych z Kwidzyna, Iławy i Szczytna. ZOMO nie było. Internowani zostali zapędzeni do cel a następnie wywoływani pojedynczo i poddawani pałowaniu na „ścieżce zdrowia[58]”. Każdy z wywołanych musiał tę ścieżkę przejść w obie strony, przy czym na podłodze kamiennej korytarza została rozbita „dla draki” butelka pasty do podłogi. Efekt: 70 ciężko pobitych + 17 tak ciężko, że wylądowali w szpitalu. Ścieżkom poddano tylko internowanych na oddziałach I i II Wszyscy z Lubelszczyzny + kilkunastu z Mielęcina k. Włocławka siedzą na oddziale III więc oberwali tylko co nieco w czasie zapędzania do cel.

W Kwidzynie są 3 oddziały izolowane od siebie. Internowani polityczni siedzą razem z internowanymi kryminalistami. Cele i pawilony są otwarte od 9-ej do 22-ej więc mają dużo świeżego powietrza. Mają do dyspozycji kort tenisowy i boisko do siatkówki. Pod tym względem mają lepiej od nas (tylko godzina spaceru wokół fontanny). Minusy Kwidzyna to paskudni klawisze i funkcjonariusze, rygorystycznie przestrzegane 1 widzenie miesięcznie, pomieszanie polityki z kryminałem i oddalenie od rodzin. Do plusów należy również opieka ze strony Kościoła i MCK. Dostają paczki higieniczne, żywnościowe, są często wizytowani itp. My takiej opieki nie doznajemy, nie wyczuwamy po prostu żadnego zainteresowania Kościoła naszymi sprawami z wyjątkiem niedzielnej mszy i środowych wizyt księdza Rojka.

Na jakiś czas będziemy mieli regulamin rozluźniony, gdyż mendy internowanych w 12 celi kryminalistów zostały razem z nimi przyaresztowane aż do odwołania. Mamy więc podwójną liczbę godzin otwartej celi: 2 godz. przed południem, 3 godz. po południu + codziennie od 19-ej do 22-ej telewizja. Będzie tak do chwili, gdy 12-tka pozbędzie się robactwa. Spaceru pozostaje 1 godzina.

Dziś po raz pierwszy w życiu grałem w pingponga. Podstawowych nauk udzielił mi Pierwszy. On też służył mi za partnera.

Dzięki maszynce od Hanki Cz[ekaj][59]. robimy sobie finezyjne potrawy, np. kiełbasę smażoną z cebulą itp[60].

 

23.IX. Czwartek. Po spacerze nasz nowy, Jasio Toporowski (metr pięćdziesiąt, bujny czarny zarost i prostoduszne usposobienie) dostał polecenie zdania wyposażenia i udania się (pod eskortą) do KW MO. Wszystko wskazuje,że poszedł do domu. Zostawił nam sporo fajnych rzeczy do jedzenia z paczek, które otrzymywał w Kwidzynie, w tym herbatą, cukier, konserwy itp.

Po pożegnaniu Jasia (jest nas znów 14-tu) wypiska. Znowu zawód. Nie ma cukru, owoców itp. Kupujemy zapałki, papierosy, papeterie, długopisy i to wszystko. Cukier nam obiecują w październiku. Po 0,5 kg na głowę. Papierosów przypada 12 paczek. Herbaty jedna miesięcznie. Zawiedzeni wracamy na obiad.

Menu: śniadanie: makaron z mlekiem

Obiad: barszcz czerwony, kasza z sosem

kolacja: chleb, maryśka, kawa czarna, marmolada buraczana, biały ser, jajko.

Po południu próbujemy wykonać matryce znaczków pocztowych na folii. Idzie opornie, ale idzie. Przydała by się lupa.

Po obiedzie byłem w bibliotece. Wziąłem Ditfurtha „Duch nie spadł z nieba” i trochę pograłem w pingponga. Pogoda dziś od rana pochmurna i trochę kropi. Wierzby ukorzeniły się wspaniale.

Wiadomość o zamknięciu mendowatych – fałszywa. Więc rozkład dnia po staremu. Dzisiaj ich wychodne na TV. Siedzieliśmy skwaszeni bo wybieraliśmy się na kryminał. Jutro rozpoczynamy roboty ręczne.


24.IX. Piątek. Od rana siąpi deszczyk, również podczas spaceru. Po spacerze sadzę ukorzenione gałązki wierzby w doniczce zrobionej z plastikowego pojemnika od szamponu. Potem kąpiel i wymiana bielizny pościelowej. Tuż po kąpieli niespodziewanie został wezwany na rozmowę z Masłowskim Pierwszy (Sztaba). Rozmowa dotyczyła jego udziału w organizacji strajku w Szczecinie (Sierpień 80) oraz strajku grudniowego (14.XII.81) w Azotach a także jego stosunków z Solidarnością w IUNG-u i współdziałania IUNG w organizowaniu demonstracji przy krzyżu[61]. Obietnica szybkiego zwolnienia w zamian za podpisanie lojalki (wie Pan, ja Panu wierzę i bez podpisu, ale moi zwierzchnicy to biurokraci). Gadka trwała ok. 30 minut, od 11.30 do 12-ej i zakończyła się wyjściem Pierwszego z wielkim hałasem z celi, gdzie urzędował ten Ubek. Oczywiście odmówił jakiegokolwiek podpisu, a w końcu i gadki. Mnie p. Masłowski nie wzywał.

Sprawa Jasia Toporowskiego, który spędził z nami jedną noc i wyszedł jakoby na wolność jest bardziej skomplikowana niż się wydawało. Nie został on bowiem skreślony z ewidencji Ośrodka dla Internowanych, a jedynie przekazany KM MO. Wygląda na to, że prędko tu wróci i oby nie do aresztu śledczego.

Wczoraj tematem nr 1 był artykuł w Trybunie Ludu niejakiego Źrałka, stanowiący paszkwil na bpa. Tokarczuka za jego homilię jasnogórską. Korzystając z faktu, że – dzięki Z. - mamy tekst tej homilii do dyspozycji (Załącznik 7.), przeanalizowaliśmy dokładnie inwektywy Źrałka i porównaliśmy je z oryginalnym tekstem. Wiąchy leciały piętrowe.

Okazuje się, że dwóch internowanych z Chełma: Zych i Misiec od kilku miesięcy czeka na paszporty emigracyjne. Misiec to fajny, prostoduszny grubas. Zych – nieciekawy: taka podskakująca, rozrabiająca i pyskata wsza o apodyktycznym sposobie bycia i dosyć pazerna na szmal. Nie wykluczone, że u podłoża jego działalności leżała właśnie chęć emigracji w aureoli bohatera. Dosyć powiedzieć, że od dnia internowania (powtórnego, bo siedział już od 13.XII), czyli od 30.VIII. prowadzi „głodówkę protestacyjną aż do odwołania stanu wojennego”, która polega na tym, posiłki je w obecności pielęgniarki w gabinecie lekarza bo - jak twierdzi – nie chce sprawiać im subiekcji przymusowym karmieniem. Poza tym wcina wszystko, co pod ręką i wcale sobie nie żałuje. Po co więc taka żenująca demonstracja – nie wiadomo. Myślę, że chodzi o zaświadczenie komendanta o wielotygodniowej głodówce (muszą mu takie wydać) potrzebne jako listek wawrzynu do bohaterskiego wieńca. Może go źle oceniam, ale inni oceniają go jeszcze gorzej. Może to i dobrze, że tacy emigrują. Szkoda natomiast Miśca.

Ze Sztandaru Ludu (22.IX. bm) dowiedzieliśmy się, że na Lubelszczyźnie „w dniu 31 sierpnia br. internowanych zostało 11 osób (to by się zgadzało: 9 z Lublina + 2 z Puław). Decyzje o internowaniu zostały podjęte w związku z ich działalnością lub jej próbami oraz wynikającym z nich zagrożeniem porządku” - czyli inna wersja oskarżenia. Decyzje o internowaniu mówią bowiem o „niezaprzestaniu działalności w „S”.

Z woj. lubelskiego siedzi w internatach według S.L. 48 osób – to b. dużo biorąc pod uwagę, że według informacji Episkopatu w całej Polsce pozostało w internatach ok. 600 osób[62].

O godz. 15-ej opuścił nas jeden kolega – Jerzy Zakrzewski z Krasnegostawu. Siedział w celi 11. Jest nas teraz dokładnie 13-tu. Paskudna liczba.

Menu: śniadanie: ryż na mleku

obiad: grochówka + ziemniaki z ostrobokiem smażonym i burakami

kolacja: chleb i margaryna.

Pingpong idzie mi coraz lepiej. Od rana czuję dreszcze – będzie grypa, albo ta moja cholera. Biorę aspirynę. Poza tym wszystko idzie OK. Nastrój nadal wyśmienity.

 

25.IX. Sobota. Rano po spacerze sprzątamy korytarz i celę zgodnie z 7 i 8 punktem regulaminu. Zajmuje nam to czas do obiadu. Po obiedzie pół godzinki pingponga i kropienie w karty aż do wieczora. Wygrał Trzeci.

Menu:śniadanie: manna na mleku

obiad: kluski z serem

kolacja:chleb, maryśka, jajko na twardo.

I tyle o sobocie.

 

26.IX. Niedziela. Od dzisiaj rano dwóch internowanych kryminalistów z 12-ki rozpoczęło protestacyjną głodówkę wyrzucając miski z celi. Jest przez to trochę zamieszania. Nawet nasz „głodujący” z 11-ki zawstydził się: od rana głoduje mniej więcej uczciwie.

Na spacerze widzieliśmy dwie dorosłe czaple uczące fruwać małe. Krążyły przez dłuższy czas dokładnie nad nami.

Założyłem się z Pierwszym, który oświadczył, że jeśli wypiję szklankę mleka z proszku – on przez pół godziny będzie służył mi za psa. Poświęciłem się i wypiłem, wobec czego jutro na spacer idę z psem na sznurku. Nauczę go służyć, aportować, skakać przez kij i innych sztuczek. On już trenuje szczekanie i obszczywanie drzewek z zadartą zadnią nogą. Będzie się nazywał Sekretarz z pozostawieniem dotychczasowego pseudonimu (Pierwszy).

Po dwóch dniach pochmurnych dziś pogoda ale zimno i wiatr. Myślimy o zrobieniu latawca. Wyspaliśmy się dzięki zmianie czasu luksusowo – spacer też wypada nam o godzinę później więc jest cieplej ale za to będziemy tu siedzieć o całą godzinę dłużej.

Menu; śniadanie: kluski z mlekiem

obiad: barszcz czerwonobrunatny. Kotlet mielony z ziemniakami.

Kolacja: chleb, maryśka i to wszystko.

Spacer z „Pierwszym Sekretarzem” odłożyłem do jutra, bo nasz niedzielny spacer odbywa się w czasie mszy transmitowanej przez radio. Nie wypadało robić w tym czasie szopy[63]. Po spacerze oglądaliśmy w TV mistrzostwa Polski w boksie. O 17-ej msza. Ołtarz był tym razem mniej ubogi bo kryminaliści zrobili z drzewa lichtarze a my ukradliśmy w czasie spaceru piękną czerwoną różę, która bardzo ołtarz zdobiła. Mszę tym razem odprawiał ksiądz, który jakieś 3-4 lata temu przyszedł do Lublina z Puław. Mówił mi, że uczył Staśka religii, bardzo się o niego dopytywał i kazał go gorąco pozdrowić. Wyraźnie źle się czuł w zupełnie nowym, więziennym otoczeniu. Zostawił nam Komunikat z ostatniej Sesji Plenarnej Episkopatu (Załącznik 8). W czasie zamieszania między mszą dla internowanych a mszą dla skazanych zdołałem zamienić kilka słów z Wrońskim z LZNS, który siedział jakiś czas ze Staśkiem[64], a teraz siedzi z Owczarskim. Dowiedziałem się, że zakończenie procesu Owczarskiego, Szczygła i p. Miłczak[65] wyznaczono na najbliższy wtorek na 9-tą. Będziemy trzymać palce. Może ich zobaczymy w czasie spaceru. Z naszego spacerniaka widzimy delikwentów przewożonych do sądu.

Wieczorem oglądaliśmy Kabarecik Olgi Lipińskiej i o 22-ej spać.

27.IX. Poniedziałek. Dziś o 13.30 mija 4 tygodnie od zamknięcia Pierwszego. Dla mnie terminem zamykającym te 4 tygodnie jest godzina 19.55. Trzeci został zamknięty dopiero we wtorek rano. Dni i godziny liczymy skrzętnie.

Dwaj z 12-ki głodują nadal. Dziś został wypróbowany pierwszy znaczek Poczty Internowanych ze słońcem za drutami (Ilustracja 7). Jest dosyć toporny, ale ważne, że jest. Myślę, że jakoś się nasze życie rozkręci, bo wszyscy już przestali czekać z dnia na dzień na wypuszczenie i przymierzają się do dłuższej odsiadki.

Nadal jest nas 13-tu. Odpowiedzi na nasze odwołania od decyzji o internowaniu jak dotąd nie otrzymaliśmy. Jutro wtorek – dzień widzeń, ale niewiele sobie po nim obiecujemy. Na dworze słońce ale zimno.

Menu: śniadanie: grochówka

obiad:grochówka, klops z ziemniakami, sosem i kapustą

kolacja: chleb, maryśka. Trochę chudo.

Dziś zmiana: spacer mamy od 8-ej, dzięki czemu mamy pełny przegląd aresztantów przewożonych do sądu na rozprawy. Dziś pojechało ich około 40 w dwóch partiach.


Ilustracja-7

Ilustracja 7 Odcisk linorytowej matrycy znaczka przedstawiającego słońce wschodzące zza drutów, wykonanej w celi 15 Ośrodka Odosobnienia dla internowanych w Lublinie. Data 30.VIII.82 to data internowania większości mieszkańców celi 15.

 

Od godz. 10-ej jest nas już 14-tu. Internowany został i zamieszkał w naszej, 15-ej celi Jan Stepek, doktorant z KUL, etatowy pracownik Zarządu Regionu Wybrzeże, współpracownik lubelskich „Spotkań”. Ukrywał się od początku wojny. 23.IX. został rozpoznany i aresztowany w Warszawie, gdzie spędził noc u Mostowskich[66]. Następne noce (i dnie) spędził na Północnej w dobrym towarzystwie: gwałciciela i kieszonkowca. Fajny chłopak (31 lat). W czasie wojny urodził mu się syn, którego jeszcze nie widział. Zna Bogusia i Mariusza S[zewczyków].[67], Strzemskiego[68] itp. Jest brudny i zaniedbany po Północnej, ale go odchuchamy. Cenny nabytek. W decyzji o internowaniu ma: „uznając, że pozostawienie na wolności obywatela zagrażałoby bezpieczeństwu Państwa i porządku publicznego przez to, że czynnie działając w ugrupowaniach antysocjalistycznych, publicznie nawoływał do nieposłuszeństwa ustawom i innym prawnym rozporządzeniom naczelnych organów państwowych” Art.42 Dekretu z 12.XII.81. To już pachnie ogniem i drewkami.

Dziś mieliśmy dodatkową kąpiel. Zaczyna działać oficyna wydawnicza, która swój żywot zapoczątkowała olbrzymim znaczkiem pocztowym[69].

28.IX.82. Dziś w czasie spaceru widzieliśmy Owczarskiego, Szczygła i p. Miłczak przewożonych na rozprawę. Było za daleko, żeby można było się porozumieć; wymieniliśmy więc tylko okrzyki i pomachaliśmy sobie rękami. Mam nadzieję, że już tu nie wrócą. 5 miesięcy za nic to chyba dosyć. Jeśli można oceniać na odległość byli w dobrym nastroju.

Menu: śniadanie: manna na mleku

obiad: grochówka, łazanki z kapustą

kolacja: chleb, maryśka, biały ser.

Od tygodnia zarządziliśmy oszczędność cukru. Tylko dwa razy dziennie herbata słodka, poza tym tylko gorzka. Mamy ambicję nie brać cukru z domu.

Po obiedzie dostaliśmy 4 paczki – wyżerka była na całego. Wzbogaciliśmy się w cukier, herbatę a nawet kawę. Są konserwy i dużo owoców.

 

29.IX. Środa. Na spacerze porozmawialiśmy sobie z żołnierzem z bloku 4-go, który zamiatał chodnik. Dostał rok aresztu za samowolny 28-dniowy urlop. Za to samo siedzi ich kilkudziesięciu.

Cały ranek zajęła nam obserwacja „fortepianu”, ze szczególnym uwzględnieniem żon i córek klawiszy, które ze szczególnym upodobaniem wietrzą i trzepią pościel na balkonach. Kilka z nich wcale, wcale, ale ja tak daleko nie widzę. Muszę poprzestać na realistycznych opisach kolegów.

Wczoraj wzbogaciliśmy się w prawdziwe karty do brydża, ale z trudem da się tu zebrać pełną czwórkę.

Czas tu upływa niesamowicie szybko. Do obiadu właściwie jesteśmy stale zajęci – a po obiedzie trzeba trochę poleżeć i już jest kolacja.

Dziś świeci piękne słońce. O Owczarskim i spółce nic nie wiemy, ale wydaje się, że do mamra nie wrócili. Wygląda więc, że tu jest wszystko OK. Ksiądz b. Puławiak, który odprawiał w niedzielę mszę nazywa się ks. Bogdański.. Dziś był ks. Rojek – zapowiedział paczki z Kurii na przyszły tydzień.

Jutro prowadzimy jednodniową głodówkę dla uczczenia miesięcznicy zbrodni 31.VIII. Jutro mija również miesiąc naszego internowania. Mamy więc dwie miesięcznice.

Dziś był przesłuchiwany IV – Jaś Stepek – ma dwie alternatywy: emigracja albo sankcje. Mowa była krótka.

Menu: śniadanie: owsianka na mleku

obiad: krupnik, bigos z ziemniakami

kolacja: chleb, maryśka, naleśnik z marmoladą.

Jaś Toporowski – nasz kolega z Kwidzyna, który spędził z nami jedną noc został dzisiaj, po 7 dniach na Północnej przywieziony do nas na oddział śledczy. Dostał sankcje.

Do północy gramy w kierki, żeby jutro spać jak najdłużej. Miski wyrzucamy na korytarz.


30.IX. Czwartek. Od rana głodówka. Pijemy tylko wodę. Po apelu przyszedł do nas klawisz z wymówką, dlaczego głodówkę zrobiliśmy akurat w czasie jego dyżuru. Wytłumaczyliśmy mu, że to nasz prywatna sprawa. Nie stawiamy żadnych warunków – tylko czcimy w ten sposób pamięć poległych 31.VII oraz naszą „miesięcznicę” w internacie. Później przyszedł wychowawca z prośbą, żebyśmy zabrali miski z korytarza bo się kurzą. Zabraliśmy. O godz. 11-ej był na przesłuchaniu Pierwszy (H[enryk]Sz[taba]). Przesłuchiwał Ostrowski[70]. Zapowiedział szybkie zwolnienie ze względu na stan zdrowia żony, co poparł groźbą szybkiego powrotu, tym razem na oddział śledczy jeśli nie zaprzestanie demonstracji z krzyżem. Nie było żadnych warunków zwolnienia w rodzaju lojalki, z wyjątkiem oświadczenia, że chce wrócić do pracy. To podpisał. Później około 14-ej były badania lekarskie. Nic nadzwyczajnego, po prostu wypełnianie karty. Co dolega, na co chorował itp.

Przed południem trochę śpimy, trochę czytamy, trochę pograliśmy w kierki, ale bez entuzjazmu. Mamy wszyscy ból głowy, wszystkim zimno. Na spacerze nie byliśmy, nie gramy w pingponga, ani nie oglądamy TV, a są to jedyne, oprócz czytania, nasze rozrywki.

Po powrocie Pierwszego z zapowiedzią szybkiego zwolnienia, nastrój usiadł jeszcze bardziej. To jednak duża przykrość jak jeden idzie, a inni zostają – i dla szczęśliwca i dla reszty. Pierwszy nadrabia miną, ale widać, że niezbyt dobrze się czuje w roli szczęśliwca. Jednak bardzo do siebie przywykliśmy i będzie nam pusto. Po jego odejściu ja będę pierwszym – jestem po nim najstarszy na całym turnusie.

Piszę to o 20-ej. Jesteśmy w fazie wyliczania, co zjemy sobie dokładnie o 24-ej i pętamy się z kąta w kąt w oczekiwaniu na tę radość. Ja myślę, że jednak zaśpimy i obudzimy się jutro na śniadanie.

Jadłospisu dzisiaj nie ma. Muszę dodać, że dziś nie pijemy ani kawy, ani herbaty – tylko wodę.

Przykrą sprawę schowałem na koniec: niestety nie głodujemy wszyscy, tylko cele 13, 15 oraz Zych z 11-ki, który „głoduje” od początku. Pozostali dwaj z 11-ki (grupa chełmska), obydwaj recydywiści w internie wyłamali się głównie ze względów ambicjonalnych. Jako „starzy” poczuli się dotknięci, że decyzja zapadła bez pytania ich o zdanie. Na nic zdały się tłumaczenia, że jest to decyzja większości i ich obowiązkiem jest jej poparcie choćby dla utrzymania jednolitości grupy. Nic nie mogło pokonać ich rozgoryczenia. Jedzą demonstracyjnie i nie mogą zrozumieć, że nie mają racji. Taka już jest ta nasza demokracja – jak widać za kratkami też. I właśnie tym nas leją: jeden głoduje, drugi nie, jeden podpisuje co podsuną – drugi nie podpisuje nic, jeden demonstruje – drugi ma żonę i dzieci itp.

Słuchaliśmy dziś trochę radia, przeglądaliśmy gazety – wszystko wskazuje, że w tych dniach będziemy mieli nowe, socjalistyczne w treści i leninowskie w formie związki zawodowe. Co zrobią z „Solidarnością” trudno dociec – prognozy wśród nas są bardzo rozbieżne. Chyba jednak nie pozostaniemy długo w niepewności.

Mną nadal Ubecja nie interesuje się. Wygląda więc na to, że jeszcze wokół mnie węszą. Nadal nie wiemy co z Owczarskim, Szczygłem i p. Miłczakową. Ks. Rojek, który nas wczoraj odwiedził i nawet wypił w naszym towarzystwie szklankę herbaty, nic na ten temat nie wiedział, mimo że rozmawiał krótko przedtem z puławskim ks. Dziekanem[71]. Przykry jest ten kompletny brak zainteresowania Kościoła, jeśli już nie wszystkimi szykanowanymi, to chociaż losem p. Miłczak, która bądź co bądź prowadziła akcję charytatywną w ścisłym związku z parafią. Widać tacy oni już są, a ks. Rojek nie jest wśród nich perłą. Układny, zimny – typowy urzędnik wyższego szczebla – wysoko zajdzie. Za to komunikat Episkopatu[72] – doskonały. Wg. ks. Rojka jest to świadoma, konsekwentna realizacja linii zapoczątkowanej na Jasnej Górze przez bpa Tokarczuka, który nie mówił od siebie.

Nie najlepszy nastrój wywołany nieprzyjemnymi sensacjami głodowymi pogarsza jeszcze nie wiadomo skąd kolportowana wiadomość, że komendant był wczoraj na naradzie w Warszawie w sprawie internowanych, gdzie zapadły jakieś decyzje. Dzisiaj konferencja na ten temat była w Lublinie wobec czego liczymy się z najgorszym, tzn. wywózką w najbliższym czasie, tym bardziej, że więzienie jest przeładowane do granic możliwości (m.in. trzypiętrowe łóżka) a nasz pawilon stoi prawie pusty. Z drugiej jednak strony można oczekiwać nowych internowań w związku z rocznicą Października 1956 i bliską – jak mniemamy – delegalizacją NSZZ „Solidarność” Zobaczymy co przyszłość przyniesie.

Wieczorem, przed zamknięciem cel przygotowujemy sobie wyżerkę. Robimy bulion z kostek i kawę. Po północy odgrzewamy to na kaganku z maryśki i jemy bulion z piernikiem i szarlotką, chleb z kiełbasą itp. Wszyscy zmiatają w milczeniu i co najmniej zachłannie. Potem z pełnym brzuchem idziemy spać. Miło.

 

1.X. Piątek. Piękna pogoda. Budzimy się w doskonałym nastroju bo z pełnymi brzuchami i z pewnością, że można jeść ile wlezie. Nastrój poprawia jeszcze niebywały ruch przy bramie. Wyjeżdża transport za transportem. Wnioskujemy, że zapadła decyzja o rozładowaniu mamra przez wywiezienie skazanych, a nie internowanych. Po spacerze kąpiel i „duża” (t.zn. ręczniki, ścierki, bielizna osobista oraz pościelowa) wymiana bielizny. Ponieważ była w zeszłym tygodniu, wnioskujemy, że szykuje się wizyta MCK albo jakaś inna. Po wymianie tradycyjna, piątkowa kąpiel, w trakcie której został wywołany Pierwszy do zwolnienia. Nastrój od razu siada. My, pozostający wyobrażamy sobie jak miło mu będzie iść sobie z walizeczką do domu. Jemu głupio, że idzie a my zostajemy. Najbliższy łez był Pierwszy. Nastrój rozładowuje się w ten sposób, że Pierwszy został zmuszony do wypięcia d. w którą każdy ma prawo, a nawet obowiązek, przyrżnąć.

Pierwszy ma 20 minut na spakowanie – robi to w ciągu 5-ciu, pozostałe 15 przeznaczamy na wydanie mu poleceń. Potem rozliczenie[73]. Ostatni kontakt z Pierwszym to jego rąbnięcie w drzwi naszej – zamkniętej już – celi w drodze do kraty. Nieprzyjemna operacja.

Jest nas tedy znowu trzynastu. Po odejściu Pierwszego, dla ochłonięcia gramy w kierki. Wygrywa Trzeci, ja jestem drugi a ostatni jest Czwarty (ten nowy, Jan Stepek). Dogrywamy po obiedzie.

Menu: śniadanie: ryż na mleku – jemy pełną michę

obiad: grochówka, ostrobok z ziemniakami

kolacja: chleb, maryśka, kawa czarna.

Do niepokojów wzbudzonych przez wieść o naszym rychłym wywiezieniu dochodzą nowe. Klawisz oświadczył dziś, że „do soboty was tu już nie będzie”. Wieść tę potwierdził fryzjer, który odwiedził nas w celi wieczorem i po raz pierwszy nas ostrzygł – słyszał ją jakoby w Ambasadzie tzn. budynku administracyjnym mamra. Mnie wydaje się to wszystko nieprawdopodobne. Duże transporty więźniów oraz spodziewany napływ nowych internistów w niedalekim czasie wskazuje na coś wręcz przeciwnego a nadprogramowa wymiana bielizny pościelowej oraz nagła wizyta fryzjera w połączeniu z bieleniem krawężników, gracowaniem kwietników itp. zdają się zapowiadać jakąś wizytę: może posłów, może MCK czy jeszcze czegoś.

Fryzjer, który nas ostrzygł to ciekawy typ, 40-latek wywieziony pod koniec wojny do Niemiec. Wrócił w latach 50-tych a już w 1957 r. zarobił 15 lat więzienia w tym 5 lat kabaryny za współpracę z obcym wywiadem. Po odsiedzeniu kary, ożenku i spłodzeniu dwojga dzieci w lipcu br ponownie zarobił 5 lat za sprawy polityczne (z dekretu o stanie wojennym). Zastępuje innego fryzjera, który w czasie urlopu popił sobie i usiłował na dworcu w Lublinie wygłosić (z beczki) przemówienie na cześć „Solidarności”. Do pozostałych mu do odsiadki kilku miesięcy dołożyli mu jeszcze 3 miesiące z wyroku kolegium. Ale jest zadowolony.

Ten „nowy” fryzjer wyrecytował nam ciekawy wiersz (ułożony przez więźniów we Wronkach w 1959 r.) pt Rok 1939.


Rok 1939[74]

(na melodię ”Gdy naród do boju...)

 

Trzydziesty dziewiąty rok przyniósł nam klęskę

Gdy Niemcy kraj polski zdobyli.

A Stalin zza Buga wyciągał swe ręce

Z Hitlerem podpisy złożyli.

Gdy rozbiór Polski był już gotowy

W Katyniu strzelali w tył głowy

Bo różnie bywało i bywa na świecie

Nam kadry zniszczyli Sowieci.

Rydz-Śmigły przeczuwał cykorię

I uścisk wojennej awarii

Mościcki nie wierząc w zwycięstwo Victorii

Zamieszkał z rodziną w Szwajcarii.

A naród gnębiony niewolą

Kierował się własną swawolą.

Chwycili za oręż i pewni swej złości

Ruszyli pochodem wolności.

I skończył się Bierut, zmarł w Moskwie na serce

W Poznaniu rewolta powstała

Co było radości, uciechy i krzyku

Towarzysz Gomułka wszedł po Październiku.

Skończyły się wreszcie wiwaty, wołania

Dziś nie ma nic do gadania

Nadzieją dziś łudzić nie trzeba

Sowieci w niewolę nas gonią

Bo nikt nie dał i nigdy nie da chleba

Wywalczyć musimy go bronią

Podnieśmy swe głowy do góry

Utnijmy komunie pazury

Niech żyją w spokoju rodzice i dzieci

Niech słonko wolności im świeci.

 

Wieczorem wspominamy Pierwszego, trochę gadamy. Jestem mocno zaziębiony – po kąpieli szedłem tylko w opasce z ręcznika do celi – widać jestem na takie imprezy już za stary. Łykam aspirynę i vit. C

 

2.X. Sobota. Rano na spacerze rozmawiamy głównie o Pierwszym: co robi, jak po miesiącu tutaj widzi świat, czy myśli o nas i czy czuje się dobrze. Przed południem czytamy, rozmawiamy. Po obiedzie również. Dziś nasz dzień telewizyjny, ale nadal czuję się źle więc nie pójdę. Zimno. Czytam Historię Niemiec aż rojącą się od ciekawych analogii[75].

Menu: śniadanie: manna na mleku

obiad: kapuśniako-grochówka i kluski z serem

kolacja : chleb, maryśka, jajko, kawa wyjątkowo biała.

Nadal jestem zasmarkany i łykam aspirynę w dodatku skaleczyłem się w palec – same nieszczęścia.

Wszyscy tu, oprócz mnie, mają zdjęcia swoich żon i dzieci. Dostaliśmy dwa bony na paczki, ale chyba ich nie przekażę – produktów dostarczanych na widzeniach starczy aż nadto. Moim jedynym marzeniem – kolegów też – jest doczekać w Lublinie do wtorkowych widzeń. Potem niech nas wywożą gdzie chcą – pies ich trącał. Nastrój jest jednak nadal dobry po 2-dniowej depresji związanej z głodówką i zwolnieniem Pierwszego.

Z nową fryzurą wypracowaną przez więziennego fryzjera podobno jest mi bardzo do twarzy: zbieram zewsząd komplementy. Rumienię się jak stara panna.

Stale obsesyjnie powraca temat wywózki. Wszyscy tylko tym żyją, mimo, że udają nonszalancki brak zainteresowania. Ja powtarzam tylko tyle: byle nie przed wtorkiem. Jeśli nas wywiozą – a jest mowa o rozdzieleniu pomiędzy różne ośrodki – po prostu nastawi się człowiek na 1 wizytę w miesiącu i już. Będzie się żyło nie od tygodnia do tygodnia a od miesiąca do miesiąca. Zrobiłem dziś duże pranie: 2 koszule, majtki, skarpety. Wypadło dobrze.

Mamy nowego klawisza – b. pracownik PKP – b. kolega 2 internowanych. Też jest dobry.

Jednak nie zająłem pozycji Pierwszego. Zgodnie postanowiliśmy pozostać przy dawnej numeracji pozostawiając stanowisko Pierwszego vacat.

Dzień kończymy przed telewizorem. W dzienniku normalka: o tym jak PRONcie[76] zjadło OKONa, o sesji Sejmu, o tym jak źle emigrantom z PRL na Zachodzie i z jaką ulgą wracają do kraju. Potem film radziecki „Płonący samolot” Horror amerykański wysiada. Nabraliśmy podziwu i szacunku dla radzieckich ludzi. Chyba najdzielniejsi na świecie i tacy skromni. Życie w ZSRR o wiele przewyższa życie na Zachodzie. Mieszkania luksusowe, dobrobyt, aż się włosy jeżą, wille, samochody, technika, elektronika, koniaki, dziewczyny. Radziecki człowiek na podstawie tego filmu spija trunki wysokiej marki, podrywa dziewczyny i pracuje dla socjalizmu. Pół nocy rozmawiamy na jego temat.


3.X. Niedziela. 34 dzień internatu. Rano spacer, potem msza. Do obiadu kropimy w kierki z Siódmym z trzynastki. Po obiedzie kończymy kierki.

Menu: śniadanie: makaron z mlekiem

obiad: barszcz czerwony, kotlet mielony z ziemniakami

kolacja: chleb, maryśka, kawa czarna, marmolada.

Ks. Rojek mówił nam, że w pielgrzymce księży i zakonników na uroczystość kanonizacji o. M. Kolbego udział bierze około 3000 osób. Tylko trzem odmówiono paszportów. Jadą autokarami, z tym, że narzucono im następujące ograniczenia. Na terenach CSR nie wolno im występować w ubiorach duchownych (sutannach, habitach itp.) tylko w cywilu. Nie wolno zatrzymywać się w miastach i osiedlach a tylko na parkingach przy szosie. Nie wolno śpiewać pieśni religijnych ani odprawiać nabożeństw, głośnego różańca itp. Widocznie chodzi o to, żeby Czesi nie dowiedzieli się, że u nas jest tylu księży i że wolno im. np. śpiewać.

Popołudnie upływa nam na rżnięciu w karcięta przeplatanym rozmowami o wtorkowych widzeniach. Wieczorem coś nam odbiło i zaczęliśmy w trójkę śpiewać, a właściwie wywrzaskiwać piosenki, m.in. Chyły - „Cysorz to ma klawe życie”... Klawisz myślał żeśmy zbzikowali albo sobie popili bo dotychczas zachowywaliśmy się raczej dostojnie. Dyskretnie nas obwąchał, potem spytał, czy któryś z nas ma imieniny. Po zgaszeniu światła kilka razy zaglądał przez judasz. Mieliśmy uciechę.

Noc sakramencko zimna, śpimy we wszystkim co kto ma. W dzień też zimno. Wszyscy jesteśmy mniej lub więcej pozaziębiani. Tęsknimy do rozpoczęcia ogrzewanie.

 

4.X. Poniedziałek. Rano nastrój wspaniały. Bo jednak nas nie wywieźli do soboty jak to zapowiadały plotki.

Spacer mamy w tym tygodniu o 9-ej więc zrywać się zbyt wcześnie nie ma po co. Czwarty rozchorował się na żołądek i do południa nie opuszczał wychodka. Jest piękna pogoda a nastrój poprawiła również wiadomość, że od jutra mamy mieć cele otwarte przez cały dzień. Doskonale to wpływa na samopoczucie gdy człowiek może sobie wyjść z celi kiedy chce „użyć wychodka” ogólnego nie zasmradzając celi, umyć się w ciepłej wodzie, zagrać w pingponga, obejrzeć TV itp. Rozkład dnia (nowy):

7.30 śniadanie

8.00 – 10.00 spacer

10.00 – 13.00 czas wolny (cele otwarte)

13.00 – 14.30 obiad (cele zamknięte)

14.30 – 17.30 czas wolny (cele otwarte)

17.30 – 19.00 kolacja i apel (cele zamknięte)

19.00 – 22.00 czas wolny (cele otwarte)

22.00 - 8.00 noc pod kluczem.

W sumie w ciągu dnia tylko 3 godziny pod kluczem. Dowodzi to, że nie planuje się szybkiego wywiezienia nas z Lublina – nie robiliby przecież takich zmian.

Dziś w czasie spaceru widziałem Owczarskiego, Szczygła, p. Miłczak i chyba H. Komstę[77] zmierzających do wyjścia. Byli elegancko ubrani ale bez tobołków, więc nie wywózka, zwolnienie też o tej porze nie wchodzi w rachubę. Wygląda na to, że mają dziś jeszcze jedną rozprawę w sądzie. Zdążyliśmy tylko machnąć sobie ręką i wykrzyczeć pozdrowienia.

Od rana przygotowujemy się do jutrzejszych wizyt. Przy okazji dochodzimy do wniosku, że nasze obecne życie jest wyjątkowo ustabilizowane, m.in. tygodniowy jadłospis jest na tyle stały, że można żyć bez kalendarza. Np. w poniedziałek na śniadanie zawsze jest grochówka, w pozostałe dni zupa mleczna, w piątek na kolację kawa biała, w pozostałe dni czarna. Obiady też stałe:

poniedziałek: pulpety z ziemniakami

wtorek: łazanki z kapustą

środa: bigos z ziemniakami

czwartek: kasza z sosem mięsnym

piątek:ryba z ziemniakami

sobota: kluski z serem

niedziela: kotlet mielony z ziemniakami.

Np. wczoraj jedliśmy swój piąty kotlet mielony, dzisiaj będziemy jedli po raz szósty łazanki z kapustą[78] bo właśnie dzisiaj mija 5 tygodni naszego internowania.

Generalne porządki, które obserwujemy od kilku dni są związane ze świętem MO i SB.

Zupełny brak wiadomości z Puław, może Pierwszy będzie ich mi dostarczał więcej. Zapowiedziane paczki z Kurii jeszcze nie doszły i chyba już nie dojdą. Udało nam się natomiast przekazać na siódemkę[79] zapasy żywności, które zostawił u nas Jaś Toporowski sądząc, że idzie na wolność.

Menu: śniadanie: grochówka

obiad: pulpet z kaszą, krupnik z ryżu

kolacja:chleb, maryśka, kawa czarna.

Po kolacji pisanie listów a od 22-ej, po zgaszeniu światła udajemy, że śpimy, ale myślimy wszyscy o jutrzejszych widzeniach.

 

5.X.82. Nareszcie wtorek. Zrywamy się już o 7-ej rano. Toaletę wykonujemy szczególnie starannie. Pakujemy tobołki. Piszemy. W celi wesoło jak na odpuście, chociaż od kilku dni straszliwie marzniemy. Chodzimy i śpimy we wszystkim co mamy i dygoczemy z zimna z utęsknieniem czekając na ciepłe kaloryfery.

Dwóch internowanych kryminalistów głoduje nadal i to nie na żarty: jeden 8 dzień a drugi 9-ty. Od wczoraj obaj przestali przyjmować napoje. Przybiegła lekarka, trochę ich indoktrynowała przy pomocy klawisza, ale na próżno. Nie widać też zdecydowanej reakcji władz więziennych na ich głodówkę, którą protestują przeciwko internowaniu. Przyznają, że są złodziejaszkami i godzą się odsiedzieć każdy wyrok, ale nie mają ochoty siedzieć bez wyroku. I mają świętą rację. Nie wykluczone, że ulgi w regulaminie, których od wczoraj doświadczamy są próbą odwiedzenia ich od głodówki.

Na śniadanie jemy kaszę mannę, ale bez przekonania – liczymy na lepsze jedzenie po południu, tym bardziej, że 7-go bm. Trzeci kończy 38 lat i ma – jak twierdzi – dobrą żonę pamiętającą o każdej uroczystości. Zobaczymy. Po spacerze nastrój bardzo nerwowy: czekamy.


5.X. Wtorek. Piszę późnym wieczorem po dniu tak pełnym wrażeń, że jeszcze teraz trudno mi odetchnąć. Rano było wszystko niby normalnie, tyle, że klawisz był inny – zupełnie nam nieznany. Spacer niemrawy jak zawsze we wtorek, kiedy wszyscy zajęci są jednym: przyjdą czy nie przyjdą. Nie wykorzystujemy nawet całego spaceru (od dzisiaj 2 godziny), żeby porządnie się umyć i wystroić. Do 11-ej gramy w karty dla zabicia czasu. Heca za hecą rozpoczyna się w chwili rozpoczęcia wizyt. Grupa około 17[80] internowanych została niespodziewanie poddana ostremu kipiszowi. Rewizja była osobista i bagażu z rozbieraniem. Została zaaranżowana przez por. Wronkę, naszego „przyjaciela” z SB. Przeszukiwane były również bagaże odwiedzających (kazali im je zostawić i opuścić świetlicę). Ja w tej grupie nie byłem. Efektem kipiszu było porżnięcie się dwóch z celi 12-ej w ramach protestu. Jeden przeciął sobie żyły i ścięgna ręki, drugi brzuch i rękę. Było pogotowie i dużo zamieszania. Ja w tym czasie byłem już na widzeniu zupełnie nie rewidowany. Była Zdzisia, Elżbieta i Łukaszek. Przywiozły dużo fajnych rzeczy, z których najważniejsze to gacie i kapota, bo nadal marzniemy. Moc pozdrowień oraz list od S. i Prymusa. Po wizycie, nim ochłonąłem zostałem wezwany do „Pani Komorowskiej”. Myślałem, że chodzi o kabarynę[81] i poczułem się trochę kiepsko. Okazało się, że chodzi o Maję Komorowską, aktorkę, filar pomocy społecznej u św. Marcina[82], która uzyskała pozwolenie na rozmowę z delegacją internowanych i przekazanie paczek. Rozmowa b. miła, głównie na temat moralności katolickiej i niedalekiej przyszłości (pewna delegalizacja Solidarności na sesji Sejmu 7.X.) oraz postawy kard. Glempa, który ze względu na przełożenie sesji Sejmu z 15 na 7-9 odwołał swój wyjazd na kanonizację o. Kolbego i pozostaje z nami w b. trudnej sytuacji. Brawo![83] Dostajemy Nowy Testament. Jest to pierwszy i to od razu b. miły dowód zainteresowania nami świata zewnętrznego. Paczki przy tym to furda. Do cel wracamy w świetnym nastroju. Zdobyłem autograf M. Komorowskiej na Piśmie Św. Jutro muszę do niej napisać. Do późnej nocy omawiamy emocje dnia i degustujemy zapasy. Wieczorem wracają dwaj pocięci z 12-ki po opatrunkach w pogotowiu. Nic im nie będzie. Ich koledzy próbują nas nauczyć kanonów życia więziennego, ale nie bardzo nam to odpowiada. Plonem kipiszu padły trzy koperty z pieczątką wyrżniętą w gumie (słońce wschodzące za drutami). Sam komendant oświadczył, żeby tego nie robić, bo grozi to sankcją prokuratorską.

Jadłospis: śniadanie: kasza manna na mleku

obiad: krupnik z pęcaku (z grochem), łazanki z kapustą

kolacja: chleb, marmolada, kawa czarna, maryśka, jajko.

 

6.X. Środa. Niewyspani i wyczerpani wczorajszym dniem do południa czytamy. Około 14-ej mamy odwiedziny PCK. Prezes, typowy dygnitarz i dwie paniusie. Przynieśli każdemu paczkę tzw. higieniczną (proszek, mydło, szampon, maszynka do golenia itp.) a nagadali się prawie godzinę i oczekiwali (daremnie) czołobitności. Zupełnie ich zignorowaliśmy. Jedyna korzyść z tej nieprzyjemnej wizyty to uzyskanie dodatkowej kąpieli w poniedziałek oraz wprowadzenie 2 wizyt w miesiącu (jedna godzinna, druga 1,5-godzinna). Od jutra mają grzać w kaloryferach. Potem otrzymujemy paczki od M. Komorowskiej (mydło, odżywka kakaowa, cukier, pasta do zębów itp. - niedużo bo sami niewiele mają - oraz dwa olbrzymie pudła ciastek z cukrem pieczonych przez zakonnice przy kościele św. Marcina – pycha). Po południu trochę kart – ale bez szczególnego entuzjazmu i do łózia. Mamy już instalację do gotowania. Zaczynamy od kompotu z jabłek.

Jadłospis: śniadanie: owsianka na mleku

obiad: grochówka, bigos z ziemniakami

kolacja: chleb, maryśka, naleśniki z serem.

Był dziś ks. Rojek. Przekazał pozdrowienia od ks. Dziekana. Wypił kawę, pogawędziliśmy i tyle. Te wizyty niewiele nam dają.[84]

 

7.X. Rano w czasie spaceru widzimy znów Owczarskiego i Szczygła. Jadą na jeszcze jedną rozprawę. Bóg wie jak oni to wytrzymują – ale jakoś wytrzymują. Nie możemy wymienić informacji bo poszczekuje na nas klawisz a nawet kogutkowy. Tyle, że machamy do siebie rękami. Od 11-ej mamy nowego kolegę. Jest nas więc już 14-tu. Ten nowy to Zenon Wysokiński z Solidarności Chłopskiej w Łęcznej[85]. Jest w naszej celi (15-ka) Zajął miejsce Pierwszego ale dostał nr V. Wszystkie wyższe już zajęte.

Menu:śniadanie: kluski na mleku

obiad: barszcz czerwony, kaszka (pęcak) z sosem

kolacja: chleb, maryśka, kawa czarna, jajko.

Ten nowy od poniedziałku siedział w śledztwie na Północnej. Jest trochę sponiewierany i zmęczony, ale na pewno dojdzie do siebie. Na początek trochę go podkarmiliśmy bo niewiele od poniedziałku jadł. Napisałem dziś list do p. Mai Komorowskiej.

Rano w czasie spaceru, przez dwie godziny śpiewaliśmy w marszu[86]. Zaczęło się od pieśni masowych, ZMP-owskich i awangardowych – skończyliśmy „Jedzie, jedzie na Siwaku[87]” i „Cysorz to ma dobre życie”. Klawisz trochę się krzywił, ale prosił tylko, żeby nie za głośno. Postanowiliśmy potrenować sobie trochę śpiew i za kilka dni zrobić nowy występ.

Otrzymaliśmy wiarygodną wiadomość, że w 14 obozach dla internowanych przebywa aktualnie 1340 osób.

Wieczorem wysłuchaliśmy z nabożeństwem przemówienia tow. Rakowskiego w przeddzień debaty sejmowej o związkach zawodowych. O mało nie został uszkodzony telewizor. Słów podsumowujących nie przytaczam. Ciekawi jesteśmy jak licznie szeregi nowych, niezależnych, samorządnych i socjalistycznych w treści a leninowskich w formie, związków zasilą członkowie Solidarności.

Podobno został pojmany Frasyniuk z Wrocławia.


8.X. Piątek. Od rana piękna pogoda. Ciepło jak w lipcu. Kaloryfery grzeją więc pierwszy raz śpię w samej piżamie. Spacer bardzo przyjemny – nawet trochę się opalamy. Po spacerze czytanie. Przesłuchiwani byli wszyscy recydywiści z 12-ki[88]. Chcą z nich zrobić konfidentów. Jednego zwolnili do domu. Jest więc ich 10 w tym jeden, który dawno już skończył z kryminalną przeszłością. Nie ma żadnej rodziny. Wzięli go w roboczym ubraniu i tak już został. Biedny człowiek.

Dziś nie było kąpieli,coś się zatkało w pralni i nie ma czystej bielizny. Czwarty przespał cały dzień – chyba chory. Po obiedzie Zych z 11-ki nasypał nam do naczynia z wodą garść soli. Zmarnowało się mnóstwo kawy. Nie możemy domyć grzałek. Po prostu gówniarz.

Czytam Turlejskiej „Prawdy i fikcje”. Złożyłem podanie o umożliwienie mi pracy, ale odpowiedzi nie mam. Dziś Dzień MO i SB. Galowa akademia, awanse, medale itp.

Koryto: śniadanie: ryż na mleku

obiad: grochówka, ostrobok, ziemniaki, kapusta

kolacja: chleb, maryśka, marmolada, ser biały.

Wieczorem słuchamy transmisji z Sejmu. Wiadomości o delegalizacji Związku spodziewaliśmy się od dawna, ale podana w takiej formie podziałała na nas przygnębiająco. Zaskakująca jest przy tym liczba tych posłów, którzy usiłowali zachować twarz, głosując przeciw (10) lub wstrzymując się od głosu (9). Oczekujemy napływu do internatu nowych kolegów, którzy będą przeszkadzać w organizacji nowych związków. Dyskusja długo w nocy.

 

9.X. Sobota. Nastrój przygnębienia powoli mija. Rano nadal dyskusja i karty. Po południu organizujemy uroczystość urodzinową Trzeciemu. Stół przebogaty. Biały obrus (prześcieradło), kilka rodzajów ciast, kawa, herbata. Ciekawa rozmowa. Jest nawet placek ze świeczkami (jedna duża za 30 lat i 8 małych). Zdmuchnął z gracją. Rozmawiamy do późnego wieczora. Była tylko cela 15-ta i 13-ta. Każda z oddzielną laurką i z życzeniami. Wyłączyła się 11-ka (Chełm), która od czasu głodówki wyraźnie się od nas odcina.

Wczoraj w nocy mieliśmy znowu zamieszanie. Około 2-ej pociął się jeden z 12-ki. Stracił masę krwi, bo jego koledzy zorientowali się późno, jakiś czas trwało ściągnięcie pomocy bo klawisz bał się sam wejść do celi. Pozszywali go w miejscowym laboratorium[89] i w tej chwili już chodzi. Ten pocięty jest malarzem-amatorem. Maluje olejno portret o. Kolbego.

Menu: śniadanie: owsianka na mleku

obiad: grochówka, kluski z serem

kolacja: chleb, maryśka, jajko, marmolada.

Placek urodzinowy dla Trzeciego to dar anonima pod mamrem[90].

 

10.X. Niedziela. Od rana jesteśmy pod wrażeniem kanonizacji o. Kolbego. Rano słuchamy mszy, później oglądamy transmisję w TV, którą przerywa ks. Rojek odprawiając mszę.

Jadłospis: śniadanie: manna na mleku

obiad: mielony, ziemniaki, grochówka

kolacja: chleb, marmolada, ser biały, kawa czarna.

W czasie mszy: Boże coś Polskę. Pierwszy raz.

 

11.X. Poniedziałek W czasie spaceru przyprowadzają piętnastego. Jest to Janusz Iwaszko z PKP recydywista-internowany. Jest u nas w 15-ce jako piąty. Razem jest nas 15-tu. Dziś w Dzienniku TV wiadomość o demonstracji w Gdańsku oraz o zwolnieniu 308 internowanych. Myślimy, że będą to raczej kryminaliści.


Ilustracja-8

Ilustracja 8. W obozach odosobnienia nawet listy małych dzieci były poddawane cenzurze. Oto fragment listu 9-letniego Łukasza Głażewskiego do ojca przebywającego w Ośrodku Odosobnienia dla internowanych w Lublinie z pieczątką cenzury w lewym górnym rogu. Cały list oraz kartka otrzymana od Henryka Sztaby stanowią Załącznik 10.

 

Dostaliśmy wiadomość, że Jan-Paweł II w czasie homilii w czasie kanonizacji o Kolbego nazwał rozwiązanie związków łamaniem praw człowieka. Telewizyjna dyskusja o związkach bawi nas niepomiernie. Wiadomość o ujawnieniu się Woźnego[91]. Jutro widzenie. Już zaczynamy je przeżywać.

 

12.X. Wtorek. Dzień wizyt. Jak zawsze nerwowy. Była Zdzisia[92]. Dostałem pozwolenie na pracę. Zamówiłem u Z. papier i materiały + książki. Po południu jak zawsze we wtorek karty. Wieczorem trochę czytam: „Wyznania” J.J. Rousseau.

Koryto: śniadanie: makaron z mlekiem

obiad: grochówka, łazanki z kapustą

kolacja: jajko, chleb, margaryna, kawa czarna.

 

13.X. Środa. Piękna pogoda. Ciepło. Rano spacer, potem czytamy. Wieczorem mała uroczystość: śpiewamy Hymn i Boże coś Polskę. Smutno.

Jadłospis: śniadanie: owsianka z mlekiem

obiad: krupnik, bigos z ziemniakami

kolacja: chleb, margaryna, marmolada, kawa cz.

Nie oglądamy TV.

 

14.X. Czwartek. Po spacerze kupiłem wisiorek dla Z. na imieniny. Wiadomości z TV o zamieszkach w Gdańsku i Szczecinie. Przed obiadem wizyta p. Sacewicza z SB. Wręczył wszystkim oprócz Olka Greguły negatywną odpowiedź na odwołanie od decyzji o internowaniu. Wnosimy stąd, że Olek wyjdzie. To dobrze, bo bardzo dolegają mu hemoroidy.

Wieczorem wiadomość z TV o jednej ofierze śmiertelnej w Nowej Hucie. Strasznie przygnębiający dzień. Po obiedzie biblioteka i czytanie. Był ks. Rojek.

Koryto: śniadanie:manna na mleku

obiad: kasza z sosem

kolacja: chleb, margaryna, jajko, kawa.

Jeden z 12-ki maluje obraz do kaplicy. Całkiem nieźle mu to idzie. Szkoda, że pije i rozbija się. Uczył się trochę w Zamościu, potem go wywalili. Obraz (olejny) przedstawia Chrystusa. Będzie wisiał w nowej, drewnianej szafce otwieranej na czas mszy. Wieczorem przepaliły nam się grzałki. Musimy zrobić buzówę[93]. Nie mogę doczekać się wtorku i materiałów do pracy. Dziś dostałem piękny i długi list od Łukaszka.


Piątek. 15.X.82. Przeczucia nas nie omyliły. Po spacerze odszedł od nas Olek [Greguła] i Misiec z 11-ki. Jest nas więc znów 13. Oprócz tych dwóch zwolniono 5-u z 12-ki; pozostałych 5-u wychodzi jutro. Nastrój paskudny, bo pewny jest nasz wyjazd z Lublina, nie będą przecież dla 13-tu trzymać pustego całego pawilonu. Byle doczekać do wtorku, ale chyba się nie uda. Dla rozrywki, żeby oderwać się od tzw. rzeczywistości po kąpieli i wymianie bielizny gramy w karty. Dostaliśmy dziś zimowe podkoszulki i gacie. Buzówa gotuje litr wody w 90 sekund ale śmierdzi jak zaraza. Wracamy więc do metod konwencjonalnych.

Jadłospis: śniadanie: ryż na mleku

obiad: barszcz czerwony i ostrobok z ziemniakami

Kolacja: chleb, margaryna, marmolada, kawa.

 

16.X. Sobota. Dzień schodzi nam na rozmowach o bliskim wyjeździe. Jest on prawie pewny, tylko nie wiadomo kiedy i gdzie. Większość jest zdecydowana odmawiać wyjazdu aż do zakończenia wtorkowych wizyt. Mamy obietnicę komendanta, że będziemy mieli możność zawiadomić rodziny i starać się o ewentualne dodatkowe widzenie w poniedziałek, gdyby miało to nastąpić we wtorek. Zawsze pociecha. Piszę listy do Z., wszystkich chłopaków, Eli, Mamy i kartkę do I[reneusza Ostrokólskiego][94]. Wieczorem rozgrywam pierwszy mecz w pingponga z Leleputem[95]. Wygrywam 5:2. Do północy oglądamy TV odmawiając wcześniejszego powrotu do cel. Klawisz ma stracha, ale nie narzuca się.

Jadłospis: śniadanie: kasza manna na mleku

obiad: grochówka i kluski z serem

kolacja:chleb, margaryna, jajko, kawa

Wszyscy nadrabiają miną, ale myślimy tylko o wyjeździe i o naszych Rodzinach pętających się po nocach w jesienne zawieruchy na odwiedziny. Paskudna perspektywa[96].

 

17.X.82. Niedziela. Pogoda paskudna. Zimno i deszcz, ale na spacer wychodzimy.

Jadłospis: śniadanie: kluski na mleku

obiad: barszcz czerwony, kotlet mielony z ziemniakami(już 7-my bo i niedziela siódma)

kolacja:chleb, margaryna, marmolada, kawa.

Dziś mija 49 dzień interny. Żeby nie myśleć o wycieczce krajoznawczej i nie powtarzać bez końca pytania: przydarzy się to przed, czy po wtorku – przez cały dzień gramy w pingponga. Wygrałem 3 mecze, co jak na mnie nie jest złym wynikiem. Przegrałem też cztery.

Wieczorem o 5-ej jak zwykle msza, ale bardziej uroczysta, bo pożegnalna. Później jeszcze jedno pożegnanie z ks. Rojkiem w celi. Rzewny nastrój. Na zakończenie mszy śpiewamy Boże coś Polskę. Zapomniałem napisać, że wczoraj, 16-go uczciliśmy pamięć poległych śpiewając Hymn, Rotę i odmawiając dziesiątkę różańca. Uroczystość odbyła się w świetlicy udekorowanej orłem ze styropianu w złotej koronie, przed którym palił się znicz z maryśki.

W czasie obiadu obserwowaliśmy stado ptaków (chyba żurawie albo czaple) szybujących nad mamrem. Wieczorem film w TV o Janie Serce, potem jeszcze trochę pingponga i spać z niepewnością czy jutro nie przyniesie tego najgorszego: przenosin. Po widzeniach byłoby znacznie łatwiej. Jutro 50 dzień interny – to by pasowało do wycieczki, ale może nie będą tacy złośliwi.

 

18.X. Poniedziałek. Rano budzimy się uspokojeni, bo nic nie zapowiada szybkiego wyjazdu. Jak zawsze spacer (piękne słońce ale zimno), jak zawsze śniadanie, potem trochę pingponga, herbata i obiad. Obiad był wyjątkowy. Sakramentalne poniedziałkowe pulpety zostały przez nieznanych nam więźniów z kuchni udekorowane plasterkami marchwi misternie powystrzyganymi w kwiatki i zatkniętymi w nie gałązkami zielonej pietruszki. Bardzo było nam przyjemnie, że nie zapomnieli o nas i taką nam urządzili pożegnalną ucztę, ale i smutno bo więźniowie na ogół świetnie wiedzą co w trawie piszczy i nie robiliby tej gali bez powodu. Oznacza to, że jedziemy, chociaż chyba jeszcze nie jutro. W każdym razie pulpety jemy w nabożnym skupieniu i z łezką w oku.

Zająłem się dziś trochę wyrobem ramek z drzewa. Nie jestem jednak w tej dziedzinie artystą.

Dzisiaj, w 50 dniu interny doszliśmy we dwójkę z 4-ym, że nasza sytuacja jest paskudna nie ze względu na kraty, brak kontaktu z rodzinami czy środowiskiem, ale ze względu na beznadziejność jakichkolwiek naszych usiłowań, żeby ją zmienić. Jesteśmy jak liście miotane wiatrem, albo jeszcze lepiej jak zwierzątka w ZOO, które instynktownie czują, że dzieje im się krzywda, a nie mogą zrobić dosłownie nic, żeby to zmienić. Cokolwiek byśmy zrobili, powiedzieli itp. i tak to nie ma wpływu na sytuację. To bardzo paskudne uczucie. Postanowiliśmy nie rozmawiać więcej na ten temat ani ze sobą, ani z innymi, bo takie rozmowy działają strasznie deprymująco, szczególnie przy takim napięciu, jakie obecnie przeżywamy.

W nocy ostra dyskusja o KPN wywołana artykułem w „Polityce”.


19.X. Wtorek. Jednak nie wywieźli. Oddychamy swobodniej, bo widzenia będą już na pewno. Czekamy.

Były dziś dodatkowe widzenia. U mnie była Mama, Zdzisia, Ela i Łukasz. Wiadomość o mieszkaniu dla Babci w Warszawie. Druga wiadomość przykra: o chorobie Zdzisi. Po wizytach nastrój przedwyjazdowy, ale nadal nic się nie dzieje. Przestaję notować jadłospis, bo i tak nic się w nim nie zmienia, a i tak – dzięki rodzinom – nie musimy z bezpłatnego państwowego wyżywienia korzystać. Po wizytach jak zawsze wyżerka a potem kilka godzin indywidualnej kontemplacji. Dopiero wieczorem ożywia się – trwa wymiana informacji. W nocy gwałtowna dyskusja o KPN wywołana artykułem w Polityce[97].

 

20.X. Środa. Nadal w Lublinie i nic nie wskazuje, żeby się to miało zmienić. Rano V ma dodatkowe widzenie z matką. Jeszcze jeden dzień bez historii.

 

21.X. Czwartek. Rano w czasie pingponga stłukłem okulary. Zaraz zgłosiłem prośbę o telefon do domu w sprawie zapasowych oraz wizytę u okulisty. Bez okularów czuję się fatalnie: odpada czytanie TV oraz pingpong. Pozostaje leżenie i patrzenie w sufit. Koledzy pomagają mi jak mogą z głośną lekturą włącznie, ale w końcu każdy zajmuje się swoimi sprawami a ja zostaję na uboczu. Byle dostać okulary przed wyjazdem z Lublina.

Tuż po obiedzie była M. Komorowska - zgodnie z zapowiedzią. Odwiedziła nas nie po, ale przed występem na Kongresie Eklezjastycznym na KUL. Dzięki temu nasza 13-ka + por. Wronka mogliśmy podziwiać ponadgodzinny program poetycki (Lechoń, Karpiński, Mickiewicz, Norwid itp.) przygotowany na Kongres, przeplatany gawędą i rozmową. Wszyscy byliśmy po tym pokrzepieni na duchu a stopień optymizmu znacznie wzrósł. Oprócz poezji dostaliśmy bilard i trochę innych darów oraz tekst przemówienia kard. Glempa z 10.X. W Niepokalanowie.

Oczywiście o róży obiecanej M.K. zapomniałem i było mi głupio – muszę koniecznie naprawić to natychmiast po wyjściu. Skrupulatnie wypełniliśmy natomiast prośbę M.K. o modlitwę za umierającą zakonnicę z Lasek i trzymanie kciuków za jej występ na KUL. Ciasto (8 wielkich placków, jabłka (100 kg) i 60 kg cebuli postanowiliśmy przekazać bardziej potrzebującym w obrębie więziennych murów.

Do późnej nocy rozmawiamy o tej wizycie – jednoznacznie pochlebnie, a nawet entuzjastycznie. Ja dostałem osobiście od M.K. Obrazek NMP z dedykacją i znaczek M.B. Wałęsowskiej.

Pozwolenia na telefon w sprawie okularów nie dostałem – nie miał kto podjąć decyzji w tej sprawie.

 

22.X. Piątek. Jest nas już 14-tu. W czasie spaceru przesłuchiwany był Jasiek S[tepek] i przyniósł wiadomość, że aresztowany został jego kolega ze „Spotkań” ukrywający się od 13 grudnia 80.[98] Dołączył do nas przed obiadem i zamieszkał w celi nr 11. Nazywa się Janusz Krupski, jest doktorantem prof. Kłoczowskiego. Przywiózł trochę wiadomości ze świata.

Przed obiadem mieliśmy wizytę faceta, który podał się za sędziego Sądu Rejonowego odbywającego normalną wizytację pod kątem BHP itp. Wciągnął nas w rozmowę reprezentując stanowisko, że najlepiej poddać się, masowo wstąpić do nowych związków i nadać im charakter. Sytuacja geopolityczna jest – według niego – ukształtowana raz na zawsze a wszelkie działania są samobójcze. Niepotrzebnie próbowaliśmy go przekonać o wyższości nakazów moralnych nad postawą konsumpcyjną zwaną przez niego realizmem oraz demonstrowaliśmy swój optymizm co do przyszłości Polski. Trochę mu mina zrzedła gdy prosiliśmy go o prawną ocenę uzasadnienia naszego internowania. Nie potrafił nic wybąkać. W innych kwestiach prawniczych twierdził, że prawnicy nie są powołani do oceny prawa, ale do jego stosowania bez komentarzy. Gdyby np. paragraf 46 Dekretu z 12.XII.80[99] przewidywał karę śmierci za działalność związkową, sędzia Ogrodnik bez wahania ferowałby takie wyroki.

Wieczorem uczyliśmy grać Krupskiego (dostał nr 14) w kierki. Pozwolenia na telefon do domu w sprawie okularów nie mam nadal. Oddziałowy nie może sam nic decydować, a komendant Kwiecień, por. Wronka i wychowawca Uniłowski są nieuchwytni.

 

23.X. Sobota. W czasie spaceru zostaliśmy wezwani do okulisty: Trzeci, Piąty, ja i Janusz Iwaszko. W bramie niespodziewanie zostaliśmy skuci po dwóch kajdankami i w otoczeniu 4 funkcjonariuszy wyprowadzeni do samochodu w asyście tłumu [członków] rodzin oczekujących na widzenie. Do gabinetu okulistki w Przychodni KW MO zostaliśmy wprowadzeni również w kajdankach a rozkuto nas (niechętnie) tylko na czas badania z tym, że mnie kajdanki na ręku pozostały przez cały czas. Dostałem receptę:

OP = -5,0 cyl. ax 170 stopni

OL = -5,0 cyl. ax 10 stopni

W czasie badania następnej pary ja z Trzecim czekaliśmy na nich w samochodzie budząc zainteresowanie przechodniów. Najlepsze zaczęło się dopiero potem. Po rozpoznaniu sytuacji w Foto Optyce na Krakowskim Przedmieściu – moich szkieł na szczęście nie było i nie będzie przed upływem pól roku – dwójka, której zapisano okulary: Trzeci i Piąty udała się skuta kajdankami w asyście dwóch uzbrojonych funkcjonariuszy do sklepu. Tam – ciągle skuci – wybrali i mierzyli oprawki oraz czekali na oprawienie ok. 0,5 godziny pod obserwacją klientów i obsługi sklepu. Wrócili w okularach ale mokrzy z emocji. W drodze powrotnej i długo po powrocie nie zamieniliśmy ani słowa. Koledzy po dowiedzeniu się prawdy natychmiast przestali nam zazdrościć „wycieczki”. Mam zamiar zaprotestować wobec komendanta a na przyszłość unikać takich przyjemności. Wieczorem koledzy: Trzeci i Czwarty wprawili mi domowym sposobem szkło ze starych okularów do nowej oprawki. Nie jest to piękne, ale odetchnąłem z ulgą i poweselałem. Daje mi to dobre samopoczucie i niezależność. W pingponga gram bez okularów i o dziwo idzie mi to zupełnie dobrze, nawet wygrywam. Okulary używam tylko na siedząco: na spacer, do pingponga czy prania udaję się bez nich.


24.X. Niedziela. 56 dzień interny. Ósmy kotlet mielony na obiad. Rano spacerujemy przy pięknej pogodzie. Zdołaliśmy zamienić kilka słów z Wrońskim, który szedł na widzenie. On siedzi w Hrubieszowie, ale od kilku dni jest w Lublinie jako świadek. Przekazał mi pozdrowienia od Owczarskiego i Szczygła – obaj są w Hrubieszowie – czują się dobrze.

Do obiadu kierki – wygrywam. Po obiedzie korespondencja.

Wieczorem po mszy spotkała mnie wielka przykrość. W celu ozdobienia kaplicy zaniosłem do niej przed mszą olejny portret Papieża wykonany na desce przez jednego z więźniów, który kupiłem godzinę wcześniej za 6 ramek (paczek Popularnych) z przeznaczeniem na prezent imieninowy dla Z. Po naszej mszy obrazek zostawiłem chcąc umilić nabożeństwo skazanym, którzy słuchają go po nas. No i obrazek zginął. Przykrość jakiej doznałem wynika nie tyle ze straty ile z uświadomienia sobie, że są ludzie gotowi zwędzić co się uda, nawet z ołtarza, nie bacząc, że ktoś im zaufał. Strasznie mnie to zgryzło, tym bardziej, że na ten obrazek, wisiorek, cygarniczkę poświęciłem ostatnie papierosy.

Rano, widocznie po przeczytaniu mojego listu do Z. wezwał mnie por. Wronka i przepraszając za zwłokę połączył się w moim imieniu z Puławami w sprawie okularów. Z. nie było w Zakładzie, ale wiadomość dla Niej wraz z zaproszeniem na jutrzejsze widzenie z okularami została przekazana.

Jasiek S[tepek] zdecydował się chyba na emigrację – nie ma właściwie innego wyjścia. Szkoda.

 

25.X. Poniedziałek. Przygotowujemy się na widzenie. Poza tym tylko łaźnia, pingpong i karty. Jedyną atrakcją jest już ósmy poniedziałkowy pulpet, tym razem już bez pietruszki i innych ozdób. W czasie spaceru widzieliśmy Wrońskiego w drodze do Hrubieszowa. Pomachaliśmy mu bo i co innego możemy dla niego zrobić? Dziś napisałem listy do M. Komorowskiej, księdza Biskupa i Krzycha. Sam nie dostałem nic.

 

26.X. Wtorek. Odwiedziny. U mnie byli: Zdzisia, Krzysztof i Łukasz. Było bardzo miło. Zdzisia wygląda dobrze: widać, że lepiej się czuje. Przywieźli wiadomość o urlopie p. Krzysztofa M[ałagockiego][100] i zwolnieniu z Kwidzyna wszystkich Puławiaków z wyjątkiem Wiśniewskiego[101]. Dziś wrócił do mnie list do Janusza Ł[odygi][102]. Z adnotacją: zwolniony. List ten wysłałem przeszło miesiąc temu. Po wizytach nastrój jak zawsze ponury. Zawód przeżył Andrzej Z[aranek], u którego byli tylko rodzice a nie przyszła żona z córką. Jaś. S[tepek] zdecydował się emigrować. Też mu niewesoło[103].

 

27.X. Środa. Nadal niewesoło. Jaś S[tepek] i Andrzej Z[aranek] nadal mają chandrę i chowają się po kątach. Bezskutecznie staramy się ich rozruszać. Dzień bez historii. Dopiero wieczorem ożywia się bo przygotowujemy się do imienin Tadzia P[ałaszewskiego], który pod numerem 7 i pseudonimem „Leleput” został zaliczony w poczet honorowych mieszkańców celi nr 15. Oprócz niego zaszczyt ten spotkał tylko Janusza Krupskiego, wpisanego do rejestru honorowych członków celi 15-ej pod numerem 14-ym. Tadzio dostanie medal z wieczka od puszki ze stosownymi napisami, mówiącymi m.in., że jutro mija 60 dzień naszego internowania. Ja wybieram się na uroczystość we własnoręcznie zrobionym cylindrze z napisem: „Pachołek Reagana” oraz „Solidarność” pod amerykańską flagą, z kołnierzykiem i mankietami (spiętymi spinkami z zapałek) z tektury oraz piękną muszką w czerwone grochy z kawałka płótna. Od rana zajmuję się ugniataniem chleba razowego na różaniec. Strasznie bolą mnie ręce – a muszę to draństwo jeszcze gnieść dwa dni.

 

28.X. Czwartek. Rano na spacerze podrzucamy Leleputa. Jest lekki więc lata wysoko. Potem pingpong oraz końcowe przygotowania do uroczystości, która zaczyna się po obiedzie o 15-ej. Stół ugina się: jest kawa, herbata, kilka rodzajów ciast, galaretka, czekolada, cukierki oraz butelka szampana. Piętnastka wystąpiła z medalem przyniesionym na poduszce (brudnej) przez sierotkę z warkoczykami (Trzeci z warkoczykami w brodzie i więziennej koszulinie ale bez majtek – a zatem świecący gołym zadkiem). Dekoruję ja w pełnej gali. Potem wręczamy pięknie wymalowaną laurkę z podpisami pensjonariuszy z 15-ki. W czasie uczty głównie śpiewamy. Jest b. wesoło i uroczyście – bo to pierwsze imieniny na naszym turnusie. Przedtem były tylko urodziny: 50-te Pierwszego i 37 – Trzeciego. Wieczorem pingpong i TV.

 

29.X. Piątek Trzy wydarzenia: rano wypiska (herbata, cukier), po południu, po kilku dniach wyczekiwania przyszedł komendant Kwiecień. Załatwiliśmy gaszenie światła wieczorem na żądanie, przesunięcie spacerów na godziny późniejsze oraz możliwość przekazania zapasów jabłek i cebuli od Mai K[omorowskiej] na 7-kę. Trochę porozmawialiśmy, również o tych kajdankach u okulisty. Trochę się zmieszał, stwierdził, że to nieporozumienie i nadgorliwość jego zastępcy. Ma się to już nie powtórzyć. Zobaczymy. Natrącił o niepokoju, który trapi SB w przededniu 31-go. Napomknął, że demonstracje na spacerniaku ściągnęłyby na nas represje i kary. Tym samym przypomniał nam o rocznicy , o której – o dziwo – zapomnieliśmy. Przy okazji wyszło na jaw, że nasza głodówka miesiąc temu narobiła trochę hałasu o czym nawet nie wiedzieliśmy. Uroczystość oczywiście urządziliśmy w świetlicy.

Drugim wydarzeniem było internowanie przez nas małego, chyba 3-tygodniowego kotka (prążkowany, szary), strasznie wychudzonego, który błąkał się po dziedzińcu. Jest bardzo zabawny i bardzo nam umila życie. Został ochrzczony jako Mieczysław Kot Rakowski a decyzję o jego internowaniu opatrzono numerem 99 z KW MO w Chełmie. Na razie pije tylko mleko. Będzie spał w łóżku z Januszem Krupskim, do którego najbardziej się przywiązał.

I ostatnia przyjemność. Malarz, który sprzedał mi obrazek Papieża za 7 ramek, ukradziony potem w świetlicy, przyniósł mi jako rekompensatę inny swój obrazek olejny – jacht na morzu To bardzo fajny chłopak, siedzi 3 lata za pobicie pod wpływem alkoholu. Wychodzi już w poniedziałek. Obiecał nam przynieść jeszcze kilka własnych akwarelek[104]. Jako funkcyjny (jest introligatorem) często przebywał w naszym pawilonie gdzie jest biblioteka. Często grał z nami w pingponga i wszystkich lał z palcem w d. Z zawodu jest malarzem pokojowym, ale dotąd nie wiedzieliśmy, że maluje obrazy. Ma zamiar pracować w konserwacji zabytków.

Wieczorem dostałem list od Pierwszego. Bardzo fajny. Wszyscy się ucieszyli bo postać Pierwszego jest tu już owiana legendą, a jego numer nadal vacat – jak dotąd nikt o nim nawet nie marzy. Miał tu nielichy autorytet: do dzisiaj tylko ze względu na niego jem sumiennie ranną kaszę i codziennie gram w pingponga.


30.X. Sobota. Dziś rano bardzo zachorował Krzyś Choina z 13-ki z zawodu młynarz. Czuł się już źle w czwartek. Na spacerze przewrócił się i chyba stracił przytomność, ale to twardy chłopak: oszukał nas twierdząc, że się poślizgnął. Potem kilkakrotnie wymiotował, był u lekarza – dostał środki przeciwbólowe i na tym się skończyło. W piątek wydawało się, że już mu lepiej ale dzisiaj wymiotował znowu, bardzo bolała go głowa i sztywniał kark. Ponowna wizyta u lekarza dała identyczne wyniki: środki przeciwbólowe. Jeśli do jutra mu się nie poprawi zrobimy drakę.

Dziś w naszej celi odbyła się tzw. męska rozmowa bo atmosfera dotychczas doskonała zaczęła być napięta za sprawą Janusza Iwaszki. On siedzi od 13.XII.81 r., ma zszarpane nerwy ale ponadto, jako stary kawaler, jest apodyktycznym pedantem i jako „stary” bezskutecznie usiłuje narzucić swoją wolę innym. Robi to przy tym w bardzo nieprzyjemny sposób. Powiedzieliśmy mu, że nas jest większość i to my jemu, a nie on nam będzie dyktował prawa wewnętrzne, tym bardziej, że on przyszedł ostatni. Nie mamy żadnej ochoty ograniczać już i tak ograniczonej wolności i podporządkowywać się presji choćby najbardziej zasłużonego. Nie zrozumiał z tego nic, ale obiecał zmianę postępowania. Najważniejsze jednak, że atmosfera wyraźnie się poprawiła. Zaznaczę jeszcze, że regulamin w naszej celi został opracowany zaraz na początku przy udziale Pierwszego i w największych zarysach jest kwintesencją demokracji: każdy ma prawo robić wszystko co nie przeszkadza innym z zastrzeżeniem, że należy unikać niepotrzebnego hałasu jeśli ktoś śpi. Dotychczas trzymaliśmy się tego z dużym zadowoleniem wszystkich z wyjątkiem Iwaszki. Tak się bowiem zdarzyło, że pozostała czwórka to umiarkowani bałaganiarze i wolne duchy. Tak będzie i w przyszłości.

Dzień jak dotąd dla mnie najgorszy. Może z powodu rannych emocji, a może ze względu na to, że dziś mija 2 miesiące internowania wpadłem w krańcową chandrę. Myślałem, że nic takiego nie może mi się przydarzyć, choć przydarzało się innym, niektórym nawet kilkakrotnie, bo dotychczas byłem odprężony, pogodny i wesoły jak szczygiełek. A tu nagle przyszło. Byle nie trwało zbyt długo, bo jestem jednym z trzech, którzy robią nastrój. Oprócz mnie są jeszcze Tadeusz P[ałaszewski] i Marian [Gałkowski] z 13-ki[105]. To dla nas bardzo ważne: optymizm, humor, lekka rozmowa itp. Nie ma nic gorszego jak atmosfera rodzinnego grobu. Na szczęście taka zbiorowa chandra zdarza się u nas rzadko i udaje się ją zawsze jakoś opanować.

Kotek (Mieczysław Kot R.) czuje się świetnie, przytył, poweselał i zżył się z nami jak guzik z pętelką. Do północy oglądamy TV bo sobota[106].

 

31.X. Niedziela. Dwa miesiące od rzezi w Lubinie. Na spacerze nastrój poważny. Występujemy z czarnymi kokardkami. Pierwszy spacer Mietka, który chyba pierwszy raz był na dworze bo bardzo był wystraszony i zaniepokojony. Później się oswoił i z trawą i z drzewami, nawet ze stadami wron. Przed południem cierpliwie lepimy z chleba różańce. Ja zrobiłem dwa. Dla Mamy i dla Tadeusza [Skiby][107]. Wieczorem msza z modłami za zabitych w czasie stanu wojennego oraz za zmarłych członków rodzin internowanych. Jutro mszę odprawi ks. Bogdański. Bp. Pylak dostał już mój list i zapowiedział wizytę u nas w przyszłym tygodniu. Dostałem od kryminalisty, o którym pisałem, chustkę i obraz olejny.

 

31.X. Niedziela. Dziś wydarzyły się u nas dwa osobliwe wypadki. Na obiad zamiast sakramentalnego kotleta mielonego, który dotychczas umilał nam święto, zaserwowano bigos, który powinien być w czwartek zamiast dziś. Zupełnie pokiełbasiło nam to rachubę czasu i mamy zamiar złożyć zażalenie na nieporządki. Wczoraj i dziś pilnowaliśmy się właściwie sami bo wobec obiektywnych trudności na odcinku gadów (klawiszy)[108] nasz musiał obsługiwać 4-kę, więc nas pozostawił samopas. W dodatku przez cały dzień otwarta pozostawała furtka od siatki otaczającej nasz oddział i wewnętrzna brama więzienia. Już się nawet obawialiśmy w czasie spaceru, że inni więźniowie dawno nawiali, a tylko my nadal odwalamy misterne rundki dookoła fontanny. Potem okazało się jednak, że nikt nie nawiał a furtka otwarta była przez nieuwagę. Niemniej przez niemal cały dzień gada nie widzieliśmy na lekarstwo. Pojawił się dopiero w czasie mszy, odprawianej przez ks. Rojka, który raczył nam przynieść (po raz pierwszy) Osservatore Romano. W czasie mszy ponownie zasłabł Krzyś Choina. Narobiliśmy rabanu i zmusiliśmy gada, aby wezwał pogotowie. Lekarz orzekł, że zachodzi podejrzenie o zapalenie opon mózgowych i zarządził przewiezienie go na neurologię na Abramowicką. Żadnych wiadomości na razie od niego nie mamy, ale sądzimy, że już do nas nie wróci. Jeśli nie liczyć kota jest nas więc znów trzynastka. Ta liczba stale nas prześladuje.

Dziś kolportowana była pogłoska prawdopodobnie proweniencji zachodniej, ze kwestia internowanych zostanie rozwiązana prawdopodobnie w trybie postawienia nas przed sądem i skazania. O dziwo, na nikim nie robi to większego wrażenia i każdy traktuje to za jakieś rozwiązanie o tyle korzystne, że chociaż termin wyjścia na wolność będzie znany. Teraz wisimy zawieszeni między wolnością a mamrem jak trumna Mahometa i to nas najbardziej męczy. Zaczyna nam również trochę dokuczać chłód bo kaloryfery grzeją marnie a na dworze zimno i wiatr. Najbardziej cierpi Zenek W[ysokiński], który panicznie boi się zawiania i otwartego okna. Trochę jest nawet o to przepychanek bo pozostali lubią świeże powietrze, tym bardziej, że pali nas cała piątka. Na szczęście mamy ciepłe ubrania i dajemy sobie radę, osobliwie ja, którego puławski OPEC nigdy nie rozpieszczał.

Ostatni okres był b. pomyślny – 4 widzenia pod rząd i w perspektywie następne dwa. Czysta rozpusta. Zaczynamy już przeżywać gorączkę wtorkową, której głównymi objawami są: zamyślenie i skłonność do przebywania na uboczu, w ciemnym kątku. Będzie się to nasilało do wtorku rano, poczem nastąpi nerwówka: przyjdą, czy nie przyjdą. Po widzeniu następuje odprężenie ale nastrój nadal jest paskudny. Każdy chce w spokoju przetrawić wiadomości i powściekać się na siebie za to, że połowy zaplanowanych pytań nie zadał i na ich zadanie musi czekać co najmniej tydzień.

Dziś doszliśmy do wniosku, że tak dalece weszliśmy już w tryby życia więziennego, że w razie zwolnienia będziemy chyba musieli postawić sobie gdzieś na uboczu spółdzielczy pierdlik[109] ze wszystkimi szykanami bo w domu będzie nam obco. Od normalnego życia odeszliśmy już tak daleko, że każdemu wydaje się ono jakieś obce i nierealne. Okazuje się, że wszyscy jak jeden mąż drżymy ze zdenerwowania na myśl, że kiedyś do niego wrócimy, i że trzeba się będzie pożegnać z życiem za kratkami bez obowiązków, pośpiechu, niespodzianek, konieczności podejmowania decyzji itp. Podobno to klasyczne objawy choroby więziennej, która na szczęście jest całkowicie uleczalna. Dziś minął dopiero 60 dzień naszego internowania a wydaje nam się, jakbyśmy siedzieli tu zawsze. Dziwne to i głupie, ale wszyscy to odczuwamy – pytałem.

Nastrój nadal dobry, chociaż coraz to łapie kogoś chandra. Na szczęście klub wesołków i niemal etatowych optymistów klajstruje dziury w samopoczuciu jak się da, żeby nie dopuścić do zbiorowej histerii. Na to zresztą wcale się nie zanosi, chociaż okres świąt znosimy zdecydowanie źle. Każdy ma kogoś na cmentarzu i każdy żałuje tego niepowtarzalnego nastroju, jaki panuje na cmentarzu w dniu Wszystkich Świętych. Pocieszamy się, że w pewnym sensie jesteśmy tam obecni poprzez znicze z margaryny, które na tę okazję zrobiliśmy. Ale to nie to samo. Ja żałuję, że nie zobaczę Powązek, o czym marzyłem od lata. Trudno, i to przeboleję[110].


1.XI. Poniedziałek. Nastrój nadal poważny, świąteczny. Od soboty nosimy wszyscy czarne kokardki dla uczczenia pamięci poległych 31.VIII oraz innych ofiar wojny. Do południa słuchamy mszy św. przez głośniki oraz czytamy. Po sakramentalnych poniedziałkowych klopsikach łaźnia a następnie przygotowania do mszy, w czasie której ks. Bogdański zamiast kazania przekazał nam b. ciekawe wrażenia z podróży do Włoch na kanonizację o. Kolbe. Przekazał nam dokładnie słowa Papieża o sytuacji w Polsce wygłoszone w czasie audiencji na placu św. Piotra, a pominięte we wszystkich transmisjach. Po mszy przyszedł do nas na herbatę i rozmawialiśmy aż do 20-ej, czyli do spóźnionego apelu. Mamy jego zaproszenie na herbatę i na pewno z niego skorzystamy. To bardzo miły i życzliwy człowiek i widać, że bardzo nami przejęty. Po jego odejściu nastrój zmienia się nie do poznania. Gramy w pingponga. Ja minimalnie przegrywam z Leleputem, ale wygrywam z Trzecim i Czwartym. Zauważyłem, nie po raz pierwszy, rzecz ciekawą, że ja nie rozporządzając żadną techniką – bo o tym trudno nawet marzyć jeśli się zważy, że zacząłem karierę pingpongisty od zera w 45 wiośnie życia, często z nimi wygrywam dzięki większej szybkości, ruchliwości, a nawet kondycji, czyli ogólnie mówiąc sprawności fizycznej. A przecież jestem od nich o 10-15 lat starszy i praktycznie całe życie strawiłem ślęcząc nad książkami. Skąd mi się to bierze – nie wiem. Widocznie jestem w tym kierunku jakoś uzdolniony, a może to tylko oni są tacy niemrawi. Tak czy owak zastanawiająco często z nimi wygrywam chociaż oni grają od lat i są o wiele ode mnie lepsi.

Od chwili stłuczenia okularów prawie nie czytam, ale całkiem mi z tym dobrze. Więcej czasu poświęcam na gry ruchowe, rozmowy itp. W każdym razie nie nudzę się. Moja wczorajsza chandra minęła bez śladu. Zamieniłem się nastrojami z Zenkiem (nr 5 zwany też Jeometrą), który dziś do południa był wesolutki jak szczygiełek, a od obiadu leży na wyrku zadkiem do celi i udaje, że śpi, ale gdzie mu tam do snu. Zadziwiającą jest rzeczą jak precyzyjnie nauczyliśmy się oceniać nastroje kolegów i jak te stare chłopy o grubych manierach wychodzą z siebie, żeby jakoś postawić na nogi taką bidotę wykazując przy tym olbrzymią cierpliwość i delikatność graniczącą z subtelnością. Dlatego nie było u nas dotąd ani jednej kłótni mimo upływu 2 miesięcy. Kilka razy zdarzały się wymiany zdań niezbyt salonowych, ale kłótni nie było nigdy, obrazy też nie. Tak się tu wszyscy trzymają w karbach no i przede wszystkim tacy są tolerancyjni. Bardzo się polubiliśmy i zżyliśmy ze sobą. Chyba jednak ten zespołowy pierdlik będzie konieczny. A może zresztą tylko nam się wydaje, że tak nam ze sobą dobrze a po wyjściu każdy pójdzie w swoją stronę zadem i zajmie się swoimi sprawami[111]. Zobaczymy. Na razie czujemy się w swoim towarzystwie znakomicie i to najważniejsze. Pomagamy sobie jak możemy i jesteśmy naprawdę solidarni nie tylko w słowach. Dziś telewizji nikt nie ogląda chociaż normalnie jest przed telewizorem pełno. To też oznaka gorączki wtorkowej. Każdy układa sobie w głowie co powie i o co zapyta i szykuje węzełki. Ja też czuję tę chorobę[112].

 

2.XI. Wtorek. Widzenia. U mnie były Zdzisia i Ela. Przed widzeniem mały niegroźny kipisz. Ja dostąpiłem tego zaszczytu pierwszy raz. Bez większego wrażenia. W domu wszystko w porządku. Zdzisia czuje się lepiej i wygląda, że wraca do zdrowia. Ela czuje się też dobrze; przywiozła wiadomości od Dzidzi. Są w poszukiwaniu grobu Cioci Z. Doniesienia o obchodach Święta Zmarłych napawają nadzieją. Inne wiadomości też optymistyczne. Okazuje się, że jest kupa ludzi gotowych do poświęceń i bezinteresownej ciężkiej harówki a to stwarza nadzieję, że WRONa nie zdoła nas rzucić na kolana, ani teraz, ani nigdy[113]. Odwiedzający przynoszą wiadomość, że przywieziono do aresztu 5-osobową grupę młodzieży z Puław. Okazuje się jednak, że to kryminaliści a nie nasi. Po widzeniach, na których szpanował Mietek, kilka godzin degustacji i kontemplacji.

Wieczorem przygotowujemy paczki dla „dekretowców”[114] z 7-ki i przesyłamy je za pozwoleniem komendanta. Głównie jabłka i cebula, ale również trochę ciastek, słodyczy – wszystko co mamy. Wieczór – jak w każdy wtorek upływa nam na grze w karty, bo to najlepiej koi rozdygotane nerwy. Ja robię różaniec z chleba, bo trzy, które wręczyłem Zdzisi i Eli na tyle zaspokoiły ich wybredne gusta, że obie złożyły zamówienia na dalsze. Dostałem list od Staśka pełen entuzjazmu dla UW i Instytutu im. Nenckiego oraz prac tam wykonywanych – dzięki Bogu i za to, że chociaż Jemu się układa. Trochę niepokojąco wygląda sprawa Komisji Dyscyplinarnej Senatu[115], ale myślę, że to nic groźnego i skończy się na karze dyscyplinarnej. Z wieści do nas dochodzących wynika, że członków i działaczy „S” masowo powołuje się do wojska, nawet tych z kategorią D. To taki nowy sposób izolacji działaczy zastępujący internowanie, które robi w świecie zbyt dużo hałasu. Jeśli chodzi o nas, wszystko wskazuje, że stanowimy dla WRONu materiał przetargowy w rozmowach z Kościołem, USA itp. na pewno nas puszczą, ale za jakieś ustępstwa z drugiej strony. Nie wykluczone zresztą, że część natychmiast pójdzie do wojska lub na śledczy. W każdym razie Ubecja nadal się nami nie interesuje.

 

3.XI. Środa. Co za dzień! Zaczęło się od przesłuchania Piątego przez Ubeka. Próbował (bezskutecznie) wycisnąć z niego przyznanie się do nielegalnej działalności. Jeszcze w czasie jego przesłuchania, które – jako pierwsze od kilku tygodni – wprowadziło trochę zamętu w naszym smętnym życiu, przybyła delegacja MCK: młody mężczyzna i dwie młode kobiety, z których jedna, ta ładniejsza była lekarzem. Towarzyszyła im tłumaczka z PCK i przedstawiciel Ministerstwa Sprawiedliwości. Wizytacja odbyła się w ten sposób, że po krótkim przedstawieniu programu wizytacji w świetlicy, delegacja obejrzała wszystkie pomieszczenia stojące do naszej dyspozycji łącznie z celami. Notowali sobie nasze potrzeby i życzenia. Nie zgłosiliśmy zapotrzebowania za żywność. Prosiliśmy tylko o materiały dentystyczne, lampki stołowe itp. Później przedstawiliśmy sprawy dotyczące wszystkich internowanych w świetlicy. Domagaliśmy się zajęcia się przez MCK losem aresztowanych i skazanych z Dekretu, którzy bardziej od nas wymagają pomocy. Odpowiedź była krótka: MCK nie zamierza angażować się w sprawy polityczne i pragnie utrzymać się w granicach zawarowanych w umowie z PRL. Rozmowy na temat skazanych[116] trwają i jeśli doprowadzą do jakichś ustaleń, MCK zajmie się tą grupą. Teraz nie. W tych warunkach nie było sensu rozmawiać z nimi dalej i posiedzenie zakończyło się oświadczeniem Trzeciego w naszym imieniu, że nie życzymy im, żeby kiedykolwiek znaleźli się w naszym położeniu i wymagali pomocy, ale jeśli im się to przydarzy, to mogą na nas liczyć. Potem były rozmowy indywidualne, z których skorzystali kandydaci na emigrantów, m.in. Czwarty oraz ci, którzy mają kłopoty rodzinne. Ja skorzystałem tylko z pomocy lekarza przedstawiając mój problem z okularami i prosząc o przyśpieszenie realizacji recepty. Na pewno nic z tego nie będzie, ale niech tam. Cała ta szopa skończyła się późnym popołudniem wręczeniem nam daru MCK w postaci 50 paczek papierosów, dokładnie 76 papierosów na ryja za pokwitowaniem. Żenująca chwila. Po wizycie wszyscy byli zupełnie oklapnięci i źli na siebie, że potraktowali tę szopę poważnie, i że daliśmy się namówić na przedstawienie drobnych próśb, które i tak łatwo dałoby się załatwić z komendantem (np. przesunięcie wizyt na weekend ze względu na rodziny, swobodny dostęp do łaźni, prawo do używania magnetofonu i nagrań do nauki języków itp.) po odmowie rozmów na takie tematy jak niesprawność samej instytucji internowania i towarzyszące jej bezprawie, brak statusu więźnia politycznego, wstępne przetrzymywanie internowanych w areszcie KW MO itp. Dochodzi do tego niesmak z powodu zachowania się kilku naszych, którzy popisywali się przed paniami z MCK grą w pingponga roztaczając cały swój wątpliwy wdzięk, emablowali je i wchodzili bez wazeliny do d. Kilku uważało za stosowne ubrać się w nowo wyfasowane groteskowe ubrania więzienne (spodnie i kurtki z różowawo brunatnej popeliny z kieszeniami, kołnierzami itp. granatowymi); wyglądali naprawdę jak katorżnicy, ale budzili raczej śmiech niż litość. Trudno zresztą dociec, czemu miała służyć ta demonstracja bo przecież i tak każdy tu chodzi w swoim ubraniu a więzienne zakłada czasem na spacer kiedy pada. Tak więc wizyta MCK nic nam nie dała a tylko zburzyła nasz spokój, wytrąciła z równowagi i doprowadziła do niesnasek i przytyków. Oby była ostatnia. My w 15-ce niewiele sobie mamy do wyrzucenia, ale postanowiliśmy nie gadać na ten temat i jak najszybciej o MCK zapomnieć. Wieczorem oglądaliśmy mecz Widzewa z Rapidem z Wiednia (5:3 i awans do ćwierćfinału) i wcześnie kładziemy się spać zmordowani emocjami dnia i w nastroju wyżętych szmat. Doszliśmy do wniosku, że wszystko co powoduje emocje powinno być z naszego życia wyeliminowane, bo za dużo to kosztuje.


4.XI. Czwartek. Wyfasowałem buty więzienne[117], czarne sznurowane ze skaju, ale co z tego jak jeden jest od drugiego o 1,5 numeru większy.

Rano spaliśmy do późna zmęczeni wczorajszymi emocjami ale dziś wstaliśmy wypoczęci i weseli jak kanarki: okazuje się, że co drugiemu śniła się p. doktór z MCK, młoda, filigranowa dziewczyna, brunetka, ładna figura i oczy, ale profil owcy. Zdecydowanie nie w moim guście, ale wielu jest nią zachwyconych. Dla uniknięcia podejrzeń: mnie się nie śniła.

Spacerek więc przespaliśmy, około 10-ej zjedliśmy śniadanie: jajka na boczku i herbata i spaliśmy dalej aż do spaceru popołudniowego, który od wczoraj nam przyznano w godzinach od 14.30 do 15.30. Po spacerku trochę pingponga (wygrałem 3:2 z Trzecim i 4:1 z Jujkiem[118] z 13-ki), trochę czytania (czytam Wassermanna „Sprawę Mauritziusa”, lekki podwieczorek i czas na TV. Ja nie korzystam z tej rozrywki więc poświęciłem ten czas na pisanie i wyrób różańców z chleba. Jutro postaram się notować godzinę po godzinie nasz rozkład dnia.

Dziś miał u nas dyżur gad, który w niedzielę odwoził Krzyśka Choinę do szpitala. Wylały się z niego ze złości na Wronkę wszystkie tajemnice. Okazało się, że choremu i słaniającemu się na nogach choremu nałożono kajdanki i w nich transportowano go w asyście dwóch funkcjonariuszy, z których jeden (właśnie nasz gad) strażował przy łóżku chorego dwie doby, aż do czasu dostarczenia mu przepustki. Chciał za to wolny dzień, ale Wronka odmówił i stąd ta złość. Gad mówił, że miał obowiązek przykuć Krzyśka do łóżka kajdankami, ale z tego na własną odpowiedzialność nie skorzystał, mimo tego skupiła się na nim niechęć personelu szpitala, który oburzony na te kajdanki przez dwie doby, nie poczęstował gada nawet szklanką herbaty, tak, że musiał te dwie doby przesiedzieć o suchym pysku. Tymczasem Krzyś spotkał się z serdecznym przyjęciem: bardzo się nim zajęli, miał już punkcję, prześwietlenie i inne badania, ale diagnozy jeszcze brak.

Przed chwilą znów dołożyłem Trzeciemu w pingponga. Wieczorem mam zamiar dołożyć Leleputowi.

Nie dołożyłem - to on mi dołożył a poprawił Trzeci. Wieczór poświęcamy TV i czytaniu.

 

5.XI. Piątek. Po rannym spacerze spotkanie z komendantem w świetlicy w sprawach poruszonych w rozmowie z MCK. Ustalamy, że spacer będzie trwał od 8 do 11 i od 14.30 do 15.30, mamy pozwolenie na lampki nocne jeśli dostaniemy je z domu. Dostaniemy grzałki, ale nie dostaniemy środków do mycia naczyń bo nie ma. Ja mam być przebadany przez okulistę, który ma przyjechać do mamra, wtedy MCK dostarczy mi okulary. Bardzom ciekaw czy i kiedy. Dwaj koledzy: Czwarty i Piąty składają podania o urlop (sprawy emigracji i choroba żony). Dzień ożywia rzadkie wydarzenie. Gad, który ma nas pilnować tak się spił, że z trudnością trzyma się na nogach. Koło południa został wymieniony na trzeźwego. Wieczorem rozmowa z Jaśkiem[119] na temat dopuszczalności zabijania (wyrok śmierci, powstanie, wojna obronna, obrona własna). Jaś jest nieprzejednany: nie wolno zabijać bez względu na okoliczności, kłócimy się do północy.

 

6.XI. Sobota. Wczoraj nie doszło do dokładnego notowania rozkładu dnia ze względu na wypełnienie dnia pingpongiem, kartami, łaźnią itp. Robię to dzisiaj:

Dzień w internacie rozpoczyna okrzyk gada: pobudka rozlegający się na korytarzu o 7-ej. My na to nie reagujemy, chociaż regulaminowo powinniśmy niezwłocznie wstać, ubrać się i przygotować do apelu.

Apel, to wizyta oficera dyżurnego (codziennie innego) w towarzystwie gada, który musi nas policzyć, porównać wynik z kartką wiszącą na drzwiach i wpisać do protokołu. My powinniśmy w czasie apelu stać w szeregu a starszy celi powinien zameldować stan. Tak mówi regulamin. Proza życia jest inna. Apel odprawiamy w łóżkach wykonując tylko ruchy wskazujące, że życie jeszcze z nas całkowicie nie uszło. Robimy to dlatego, że por. Wronka tłumaczył nam kiedyś, że wstawanie do apelu jest konieczne ze względu na możliwość zaliczenia nieboszczyka do żywych, co wiązałoby się z kłopotami dla dyżurnego. Praktycznie więc apel wygląda tak: otwierają celę, dyżurny mówi: dzień dobry, panów pięciu? (czasem otrzymuje odpowiedź), dowidzenia.

Po apelu pierwszy wstaje Janusz Iwaszko – kalifaktor i po pobieżnej toalecie przystępuje do wydawania śniadania. My śpimy dalej a zwlekają się tylko ci, którzy jedzą ranną zupę tzn ja i Piąty. Śniadanie jemy zazwyczaj w dezabilu, potem papierosek w łóżeczku i leniwe wstawanie. Dziś po Iwaszce pierwszy wstał Jasiek S[tepek], zrobił herbatę i podał do łóżka. Potem wstałem ja, zjadłem kaszę mannę i zabrałem się do pisania uważając, że na spacer przy takim mrozie jest za wcześnie. W trakcie pogwarki (Trzeci i Piąty jeszcze leżą) por. Wronka oświadczył: Pan Stepek proszę przygotować się do zwolnienia, zapewniając, że chodzi o rzeczywiste zwolnienie, a nie przeniesienie na 7-kę lub do Kwidzyna. Trzeci i Piąty momentalnie wstają, Iwaszko przerywa spacer. Stepkowi trzęsą się ręce przy pakowaniu. Żartujemy ale na siłę. Stepek pakuje się, zdaje ubrania i bieliznę. Trwa wymiana adresów, poleceń, pozdrowień itp. O spacerze nikt już nie myśli. Myślimy tylko o szczęściu Jasia, choć zdajemy sobie sprawę, że to zwolnienie ma związek z jego emigracją, a to nie napawa go radością. Koło godziny 10-ej Jaś odchodzi w kierunku bramy z zaczerwienionymi oczyma, żegnany zwyczajowo kopami[120]. Na pamiątkę dostał ode mnie nową dulawkę za 7 ramek[121] bo swoją zgubił. Zabrał swoją gitarę, na której brzdąkał zaledwie od 5 dni czyli od ostatniego wtorku. Zabrał nasze adresy i życzenia pozostawiając nas w liczbie 12 + 1 na przepustce w szpitalu (leży na oddziale dr Tomerowej) + jeden kot.

Po odejściu Jasia wykorzystujemy pozostałą godzinę spaceru bo pogoda piękna choć mrozik. Pod koniec wygrzewamy się w towarzystwie Miecia na ławkach pod południową ścianą. Po spacerze leczymy nerwy kierkami: Trzeci, Czternasty, Piąty i ja, Drugi. Zajmuje nam to czas od jedenastej do pierwszej. Potem spełniając życzenie Jaśka leję Leleputa 5:0 w pingponga, a następnie przegrywam 3:2 z Trzecim i już czas na popołudniowy spacer. Przez godzinę chodzimy wkoło fontanny rozmawiając o geotropizmie. Po spacerze lekki lunch: chleb ze smalcem i herbata. Śniadanie zjedliśmy o 10-ej (jajecznica na kiełbasie, chleb, herbata) po odejściu Jasia a przed spacerem porannym (mamy teraz łącznie 4 godz. spaceru: od 8-ej do 11-ej i od 14.30 do 15.30). Po spacerze popołudniowym chłopcy czytają a ja lepię różaniec. Pryczę Jaśka (przedtem spał na niej Jaś Toporowski) zajmuje Janusz Iwaszko. W ten sposób zajęte mamy tylko dolne prycze; wszystkie górne są wolne. Oczekujemy nowych kolegów bo wczoraj wszystkie puste cele zostały wysprzątane przez więźniów z 4-ki. Myślimy, że koło poniedziałku zaczną się już sypać. Dostaliśmy niespodziewanie paczki, które pozostawiła dla nas komisja MCK: maszynka i mydło do golenia, szampon, proszek, mydło, szczotka do zębów itp. Identyczny co do joty zestaw jak w paczkach, które miesiąc temu otrzymaliśmy z PCK. Wnosimy, że i tamte były z tego samego źródła, z tym, że PCK nas o tym nie raczyło poinformować firmując tę dobroczynność sam.

Około 17-ej lekka kolacja: chleb, salami, pomidory, herbata. Po kolacji partia pingponga z Trzecim. Przegrywam haniebnie 5:2. Jest już 19.30. Rezygnuję z Dziennika TV, żeby spokojnie zjeść kolację: 2 jaja na miękko z chlebkiem, żółty ser, pomidory.

Po kolacji trochę lepię z chleba, a następnie udaję się do świetlicy obejrzeć film Nikodem Dyzma. Po filmie partyjka pingponga z Leleputem (5:0 dla niego) a następnie jabłuszko i o 23-ej jestem w łóżku. Jestem dziś trochę nieruchawy, bo wczoraj wyfasowałem gacie trzy razy za duże, a ponieważ

swoje wyprałem, więc te kazionne muszę nosić trzymając je w garści.

Na tym skończył się dzień powszedni w obozie dla internowanych.


7.XI. Niedziela. Dzień bez historii i jak każda niedziela upływa raczej na smutno. Każdy jest myślami w domu. Milczący spacer, w milczeniu słuchamy mszy przez radio, w milczeniu jemy na obiad swój dziesiąty kotlet mielony (statystycy z 13-ki karbują każdy niedzielny kotlet na stole), w milczeniu gramy w kierki żeby jakoś wypełnić czas.

Nieco ożywienia wprowadza wiadomość o nieoczekiwanym epilogu sprawy Krzysia Choiny, przebywającego na przepustce w szpitalu. Otóż klawisz, który go tam przez dwie noce pilnował został wezwany przez SB i zrugany za niedopełnienie obowiązku przykucia chorego do łóżka. Dostał nawet ostrzeżenie, ale zyskał naszą całkowitą sympatię co zdaje sobie bardziej cenić od pochwał ludowej władzy.

Po mszy odmawiamy pod kierunkiem ks. Rojka różaniec w intencji Ojczyzny poczem następuje jak zawsze jałowy rytuał picia herbaty w jego towarzystwie. Ks. Rojek jest niesamowity! Nie potrafił nic powiedzieć na temat pobytu Prymasa na KUL i rozmów z biskupem Pylakiem, mimo że jest kanclerzem Kurii. Nie wiedział, albo udawał, że nie wie, o przebiegu wizytacji przez bpa Pylaka obozu w Łupkowie. Bardzo się zdziwił, że nam na tych informacjach zależy. Pobiadał zdawkowo nad naszym losem i zadowolony z siebie poszedł. Czasem aż ręka świerzbi.

Dużo zadowolenia przyniosła nam natomiast transmisja (bardzo okrojona) ze spotkania Rakowskiego z czytelnikami.[122] Miło stwierdzić, że mimo stanu wojennego są w Polsce ludzie, których stać na wygarnięcie publiczne prawdy w oczy. Zwolennicy rządu, partii, stanu wojennego itp. nie popisali się natomiast niczym istotnym: kilka sloganów, kilka histerycznych apeli i to wszystko. Rakowski jak zawsze farbowany lisek i dużej klasy demagog, ale sądzimy, że teraz już nieszkodliwy. Niewiele osób chyba się załapie na jego słodkie słówka i deklaracje, a choćby uwierzy w czystość jego rąk. Oceniamy, że impreza obliczona na spacyfikowanie nastrojów przed 10-ym raczej się nie powiodła[123]. O prognozach na środę mówimy nieustannie. Przeważa optymizm i wiara w masowość demonstracji, ale jeśli i to nie wypali – nie będzie tragedii. Najważniejsze, że ruch podziemny rozwija się żywiołowo.

My nie ustaliliśmy jeszcze naszego wkładu do ruchu demonstracyjnego. Jest kilka propozycji ale którą z nich wybierzemy zadecyduje większość we wtorek. Propozycje obejmują obszar od głodówki do całkowitej bierności, myślę, że przeważy jakaś propozycja umiarkowana.

Jasiek Stepek nie pojawił się w Kurii do niedzieli po południu, co jest pierwszym obowiązkiem każdego zwalnianego. Nie świadczy to jeszcze o tym, ze został aresztowany i osadzony na Północnej, czy przeniesiony do innego ośrodka (na 7-ce nie ma go na pewno – sprawdzaliśmy) ale bardzo nas niepokoi. Może po prostu zapomniał się odmeldować?

 

8.XI.Poniedziałek. Rano w dzienniku wiadomość o ustaleniu terminu wizyty Papieża na 18.VI.1983 r. Bardzo nas ta wiadomość poruszyła, tak dalece, że dyskutujemy na ten temat również w łaźni. Zawiera ona m.in. wiadomość, że nasze internowanie nie przeciągnie się poza czerwiec przyszłego roku a tyle to wytrzymamy. Zastanawiamy się, co przehandlował Prymas za to ustępstwo. Na pewno nie potępienie strajku planowanego na 10.bm. bo by się tym zaraz pochwalili. A może czerwoni są już w tak rozpaczliwym położeniu, ze są zmuszeni do takich ustępstw bez żadnych koncesji? Wygląda na to, że sprawdza się przysłowie „Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”. Jedno jest pewne: że czerwone ludziki panicznie boją się dziesiątego i byłoby wielkim błędem nie iść za ciosem. Oni boją się tylko mocniejszych a słabszymi czy łagodniejszymi pomiatają. Inna rzecz, że gdyby do czerwca ich sytuacja się poprawiła, co jest raczej mało prawdopodobne, to odwołaliby przyjazd Papieża pod byle pretekstem, np. niemożności zapewnienia Mu bezpieczeństwa. Tego typu gadki bardzo nas rozemocjonowały tak, że kąpiel przeciągnęła się nad miarę. Po obeschnięciu idziemy na spacer i dalej omawiamy sprawę wizyty Papieża oraz prognozy na 10-go.

Po obiedzie na plan pierwszy wysuwa się sprawa wtorkowych wizyt: każdy chowa się w kątek i pisze, myśli, notuje co się da obmyślając strategię najekonomiczniejszego wykorzystania tej godziny. Jak zawsze zresztą cała ta strategia w konfrontacji z tzw. rzeczywistością weźmie w łeb i przebieg wizyty podyktuje samo życie. M.in. omawiana jest sprawa przełożenia wizyt z wtorku na niedzielę. Jest to możliwe, ale kryje w sobie pewien ukryty haczyk. Otóż komendant mówiąc o tym oświadczył, że w razie wizyt w niedzielę nie możemy liczyć na żadne odwiedziny dodatkowe, bo on w niedziele siedzi w domu, a jego zastępcy takiej decyzji nie podejmą. Uzgadniamy więc, że pierwsze widzenie w miesiącu będzie w niedzielę a pozostałe we wtorek. To niedzielne głównie ze względu na dzieci i pracujące żony, które wykorzystały już urlopy, a jest ich wiele.

Kończą się nam papierosy – po raz pierwszy od 2 miesięcy odczuwamy ich brak. Dobrze, że jutro widzenia bo do wypiski został jeszcze tydzień. Jeśli chodzi o jedzenie nadal mamy zapasy i nie głodujemy. To samo dotyczy owoców. Czas leci szybko i raczej się nie nudzimy. Dużo rozmawiamy o sprawach zawodowych – bardzo to ciekawe i pożyteczne bo na ogół pracy w innych zawodach niż własny właściwie raczej się nie zna. Przed chwilą dostałem pierwszy list od Krzycha. Wielką mi zrobił tym przyjemność. Zaraz mu odpiszę. Kot chowa się dobrze, przytył, poweselał. Znawcy określili jego płeć jako żeńską. Stosunki z gadami wzorowe. Jak dotąd większych nieporozumień nie było i nie zanosi się na to. My cenimy ich wysiłki, żeby odnosić się do nas po ludzku, oni zaczynają doceniać, a nawet podziwiać naszą postawę i są zadowoleni ze spokojniejszej niż na innych oddziałach służby. Po prostu idylla, tyle, ze za kratkami.

Czas przygotować się do wizyty, więc na dziś kończę.


9.XI. Wtorek. Widzenia. U mnie byli Zdzisia z Łukaszem. Przywieźli wiele fajnych rzeczy, w tym części do lampy elektrycznej na stół oraz ważne nowiny. Po pierwsze Jasiek S[tepek], który urzędował w czasie widzeń przed bramą nie był przesłuchiwany, a nie zgłosił się do Kurii dlatego, że solidnie się zaprawił. Przysłał mi do czytania książkę G.G. Marqueza „Sto lat samotności”. Dziś ma się stawić w KW MO, nie wykluczone, że posiedzi 48 godz. na Północnej. Po drugie: w Puławach 11-go odbędzie się msza w rocznicę odzyskania niepodległości w 1918 r. a 10-go pracownicy Azotów zamierzają wyjść z I zmiany gromadnie, jedną bramą i w grupie przemaszerować do miasta. Pracownicy IUNG – w którym nadal nie ma kandydatów do nowych związków – mają zebrać się na dziedzińcu o 15-ej. Po trzecie: wyszło już 7 numerów biuletynu w Puławach; podobno wcale niezły. Pojawiły się też anty WRON-owskie plakaty. Na ulicach Lublina pełno patroli. Szczególnie gęste chodzą w okolicach FSC. Szykuje się niezła draka, byle obyło się bez strzelaniny.

Po południu ustalamy, że na znak solidarności z demonstrującymi, jutro nie przyjmujemy posiłków z kuchni więziennej oraz nie wychodzimy przez cały dzień z cel. Akceptują to wszyscy – pierwszy raz. Wieczorem zabieram się do dokumentacji Planty[124], którą przyniosła Zdzisia oraz do ugniatania chleba sitkowego na wyroby jubilerskie. Mam już lampkę oprawioną w rolkę papieru toaletowego[125].

10.XI. Środa. O 8-ej jeszcze w łóżkach przyjmujemy niespodziewaną wizytę komendanta Kwietnia, że ze względu na ogłoszony stan pogotowia nie będzie dziś spaceru. Mówimy mu, że i tak postanowiliśmy dzisiaj nie wychodzić z cel. Dzień spędzamy na czytaniu i rozmowach, w których dominują przypuszczenia co do przebiegu manifestacji. Większość jest zdania, że masówki nie będzie: zbyt silna obstawa.

Wygląda na to, że instytucja internowania już się kończy. Nie wzmocnili nas liczebnie ani wczoraj ani dziś, masowo natomiast powołują działaczy Solidarności do wojska. Z wiadomości otrzymanych z Puław wynika, że znów przesłuchiwano 5 osób w IUNG: Ulkę Wojcieską, M[arię] Ruszkowską, A[ntoniego] Fabera i Tadzia Skibę. M.in. padała sugestia, ze od czasu internowania Głażewskiego, oni już wiedzą kto w IUNG manipuluje krzykaczami typu Gryniewicza[126]. Wymieniali jako przywódców M. Ruszkowską, Goneta i Jelinowską: boki zrywać[127]. Niewykluczone, że ja właśnie po to siedzę, żeby można było takie sugestie lansować. Niewiele osób w IUNG wie, że jak dotąd nie byłem ani razu przesłuchiwany. A może zresztą wiedzą i wierzą mi? Mam nadzieję.

Mamy nowy temat do rozmów. Dziś w Sztandarze Ludu jest artykuł o naszym koledze z celi, Januszu Iwaszce, zarzucający mu m.in. pijaństwo i nieuczciwość. Artykuł oparty jest głównie na odziedziczonych materiałach Komisji Rewizyjnej Solidarności PKP, która zarzucała swego czasu Iwaszce malwersacje przy kolportażu prasy związkowej i biletów na mecz piłkarski, do czego dochodzi nierozliczenie się z niedoszłymi uczestnikami wycieczki na Węgry. Z wyjaśnień jakich nam udzielił bohater artykułu wynika, że jego winą jest bałaganiarstwo bo malwersacji nie było. Biuletyny rozprowadzało się na początku z rączki do rączki za „co łaska” do skarbonki, więc jak można było się z tego rozliczyć? Aż skóra cierpnie jak się pomyśli, że np. mnie ktoś chciałby rozliczać z biuletynów wożonych na OKPN[128]. Bilety na mecz Iwaszko oddał sekcji piłkarskiej „Kolejarza” nad którą Solidarność PKP objęła patronat. Jego winą jest, że podał lipne nazwiska zamiast prawdziwych (nie wszyscy piłkarze byli członkami Solidarności, która fundowała te bilety) oraz że w ogóle się do tego brał. Jeśli chodzi o wycieczkę, to nie doszła ona do skutku ze względu na stan wojenny. Rozliczyć się nie mógł, gdyż w chwili internowania 13.XII.81 SB skonfiskowała mu listę uczestników. Był internowany do 24 lipca b.r. Zwolniony w czasie pobytu w szpitalu od 9 lipca. 6 sierpnia wyszedł ze szpitala, 5 września skończyło mu się zwolnienie chorobowe, 13 września zgłosił się do KW MO z prośbą o oddanie mu listy, której „nie mogli znaleźć”. 8 października ponownie internowany. 10 października przesłuchiwany, po raz pierwszy zobaczył tę listę w rękach SBeka, ale jej nie dostał. Pieniądze ma, ale nie może oddać bez listy. Jak z tego widać Iwaszko zawinił tylko lekkomyślnością ale sprawę ma śmierdzącą bo materiały go obciążające sformułował Związek wydalając go nawet z Solidarności. Zdaniem Iwaszki odbywało się to w ramach rozgrywek personalnych inicjowanych przez Niezgodę[129]. Jak było naprawdę, trudno powiedzieć. Najśmieszniejsze jest jednak to, że w artykule zarzuca się Iwaszce pijaństwo i chuligaństwo w czasach, kiedy był przewodniczącym SZMP[130]. Ponoć rozłożył nawet tę organizację.

Tyle o Iwaszce.

Siedzimy sobie tedy w celach, czytamy, rozmawiamy, słuchamy dzienników radiowych. M.in. bulwersuje nas wieść o zmianie programu TV rosyjskiej i nadawaniu muzyki poważnej. Wygląda na to, że wykorkował ktoś z wierchuszki. Może nawet sam L[eonid]B[reżniew]? Z doniesień radiowych wynika, że strajki były sporadyczne, więcej zamieszania sprawiły demonstracje. Ale czemu się dziwić jeśli się uwzględni, że na ulice wyległy setki tysięcy uzbrojonych po zęby gadów zdecydowanych na wszystko. Ostatecznie nasi mają jednak coś do stracenia, choćby życie, więc nie dziwota, że nie pchają się pod lufy. Wyraźnie taktyka Solidarności jest w obecnych warunkach nieskuteczna. Koniecznie trzeba wymyślić coś innego. Bo przecież ograniczony zasięg demonstracji wcale nie oznacza ani poparcia dla czerwonych, ani dania dupy. Dowodzi tego choćby umiarkowane zainteresowanie nowymi związkami. Jesteśmy nadal liczni i mocni, tyle, że trochę głupi, próbując stosować taktykę dostosowaną do warunków przedwojennych,[131] w czasie wojny.

Wieczorem był ks. Rojek, przynosząc wiadomość, że na pl. Litewskim gromadzą się grupy młodzieży. Trzeba podziwiać tych ludzi, że mimo presji, obaw, strachu itp. jednak się na to decydują. Dowodzi to, że nie jest z nami tak źle. Jeśli kilkadziesiąt tysięcy ludzi gotowych jest nadstawić karku, to ludzi im sprzyjających musi być co najmniej 20 razy tyle – a to już kilkakrotnie więcej od liczebności okupacyjnej AK (100.000).

 

11.XI. Nadal trwa pogotowie, więc i dzisiaj nie ma spaceru. Korzystamy z tego wylegując się do oporu. Z łóżek zrywa nas dopiero wiadomość o śmierci Leonida B[reżniewa] Wydaje się, że teraz dopiero się zakotłuje. Wynika to choćby z wojowniczego oświadczenia Rady Najwyższej ZSRR i z faktu, że przez 24 godziny taili śmierć Leonida. W każdym razie coś zaczyna się dziać. Niemniej bulwersująca jest wiadomość o liście i zwolnieniu Wałęsy[132]. Roztrząsamy okoliczności tej sprawy i dochodzimy do wniosku, że albo:

1) Lesio dał dupy zmęczony 10-miesięczną izolacją

2) nakłonił go do tego Prymas na żądanie WRONy w zamian za wizytę Papieża.

3) ma to związek ze śmiercią Leonida B. i spodziewanym zaostrzeniem kursu wobec PRL przez jego następcę.

Nie rozumiemy tylko, dlaczego list kaprala Wałęsy datowany 8.XI nie został wykorzystany w czasie kampanii propagandowej przed 10-ym oraz w jakim charakterze ma rozmawiać i kogo będzie reprezentował Wałęsa. Przecież Związku oficjalnie już nie ma, więc Wałęsa jest tylko jednym z obywateli PRL. Mamy nadzieję, że wkrótce wszystko się wyjaśni. Byle tylko Lesio nie zechciał wstąpić do nowych związków. Aż strach pomyśleć, że może to jest ta jego nowa koncepcja, o której mówiła w wywiadzie radiowym p. Lesiowa[133]. My w zwolnieniu Wałęsy widzimy zapowiedź zawieszenia instytucji internowanych w ogóle. Są nawet tacy, którzy mają zamiar wrócić do domu jeszcze przed niedzielą. Ja myślę, że jeszcze nie tak prędko, ale może przed grudniem może się to zdarzyć. Najlepiej jednak nie gdybać i nastawić się na dłuższe siedzenie. Wtedy każda niespodzianka tym przyjemniejsza. Z ważnych wydarzeń jeszcze tylko jedno. Dziś po raz pierwszy z niewiadomej okazji był na obiad kompot: mętna woda o zabarwieniu pomyj i o takimż smaku. Ale zawsze kompot.


12.XI.1981. Piątek. Dziś byłem nie do pokonania w pingponga. Wygrałem 3:0, 3:0 i 2:0 z Leleputem, 3:2 z Trzecim, 3:0 z Jujkiem. Poza tym dzień bez historii. Rano spacer, potem pingpong. Przed obiadem wymiana bielizny i natrysk. Drugi spacer, podczas którego komendant wyraził opinię, że na jego nos do przyszłego wtorku w internacie nie dotrwamy. Na nasz nos nasze uwolnienie odbędzie się jednak z wielkim hałasem a decyzja zostanie podjęta w czasie najbliższej sesji sejmowej w III dekadzie listopada. A może mylimy się wszyscy? Młodzi boją się, że natychmiast po zwolnieniu zostaną powołani do wojska. Teraz to normalka. Mnie zresztą też to może nie ominąć, bo biorą i z kategorią D. Z dwojga złego wolę już internat.

Przed chwilą dostałem 4 kartki od Mamy z różnych dat i kartkę od Pierwszego z Pomnikiem Stoczniowców w Gdańsku. Według naszej oceny GPU-owiec Andropow to żaden postęp w stosunku do Breżniewa i nie ma się co tą zmianą podniecać. Ale zobaczymy. Teraz biorę się do gniecenia ciasta i dokumentacji a za godzinę – dwie spać. Od otrzymania lampek nie kładziemy się przed pierwszą w nocy.

 

13.XI. Sobota. W dalszym ciągu trwa pogotowie, chociaż rano część broni odniesiono do magazynu. Z „naszego” kogutka zabrano dwa pistolety maszynowe, ale pozostały dwa oraz dwóch kogutkowych. Na naszym oddziale nadal dyżuruje dwóch klawiszy. Docierają do nas dwie wiadomości. Po raz pierwszy od 13.XII.81 w czasie demonstracji 11.XI nie użyto ani gazów, ani armatek wodnych, ani pałek. ZOMO ograniczało się do wezwań do rozejścia się i po pewnym czasie demonstranci rozeszli się spokojnie. Jest rzeczą pewną, że gdyby było tak zawsze, nie byłoby ani zamieszek, ani rannych, ani zabitych. Może to oznaczać trwałą zmianę taktyki, ale może też być związane ze śmiercią Leonida B. Zobaczymy. Wydaje się jednak, że strajki i demonstracje, skuteczne przed wojną, w warunkach wojennych powinny być zaniechane jako nieskuteczne i nie prowadzące do celu a narażają niepotrzebnie najlepszych działaczy.

Druga wiadomość, która nas zbulwersowała to fakt, że zwolniony z Arłamowa L. Wałęsa dotychczas nie dotarł do Gdańska. Domyślamy się, że albo siedzi na MO, albo jest gościem Prymasa. Termin najbliższej sesji sejmowej, z którą wiążemy nadzieje na uwolnienie odsuwa te nadzieje do połowy grudnia, jeśli oczywiście nasi władcy nie zechcą zademonstrować swojej odporności na naciski Zachodu i nie obrażą się na Reagana za ostatnie ponowienie żądań zwolnienia internowanych jako warunku zawieszenia sankcji wobec PRL. Może się więc zdarzyć, że posiedzimy sobie jeszcze trochę tylko dlatego, żeby Reagan sobie nie pomyślał, że władza ludowa zlękła się jego pogróżek.

Nadal nikt się nami nie interesuje, nie jesteśmy przesłuchiwani, niczego się od nas nie wymaga, ani oczekuje. Po prostu jesteśmy na bocznym torze, obok nurtu życia, takie sobie nikomu nie potrzebne i dla nikogo niegroźne bankruty. Oczywiście my czujemy się nadal aktywnymi członkami Solidarności, nadal żyjemy życiem Ruchu[134] i staramy się do niego włączyć jak możemy. Tyle, że chwilowo korzystamy z urlopu. Gotowi jesteśmy od pierwszej chwili po uwolnieniu podjąć tę działalność w tym miejscu, w którym ją 30.VIII przerwaliśmy, lub w innym miejscu stosownie do okoliczności i potrzeby. Nikt z nas nie ma zamiaru rezygnować z zadośćuczynienia za każdy dzień spędzony za kratkami a zebrało się tych dni już 76. Rozmawiamy na ten temat do późnej nocy, przestrzegając jednak skrupulatnie zasad, które ustaliliśmy na początku: nie rozmawiamy ze sobą ani o dotychczasowej konkretnej działalności, ani o planach na przyszłość. Rozmawiamy natomiast dużo o tym, jak powinien wyglądać program działania każdego członka Ruchu nie tylko w ramach zorganizowanych struktur, ale i w domu, w pracy czy w życiu publicznym.

W pingponga nadal jestem na fali.

 

14.XI. Niedziela. Dzień bez historii. Jesteśmy tak dalece przeświadczeni, że posiedzimy co najmniej do 13.XII., że nie robi na nas wrażenia nawet wiadomość o tym, ze w czasie załatwiania w MSW pozwolenia na wizytację naszego ośrodka, bp. Pylak został poinformowany, że do środy może nas już nie być. A jeszcze trzy dni temu siedzieliśmy na walizkach i chodzili z kąta w kąt, żeby czas szybciej leciał. Co to jednak znaczy nastawienie psychiczne. Zresztą 13 grudnia też nas satysfakcjonuje, a w naszych warunkach żyje się znacznie lepiej i spokojniej, jeśli nie ma żadnych „murowanych” prognoz i „wiadomości z pewnych źródeł” o bliskim terminie naszego zwolnienia. Tylko wtedy bowiem można sobie rozsądnie ułożyć czas zamiast żyć z dnia na dzień i liczyć godziny. Rano, w czasie spaceru dowiedzieliśmy się od więźniów z 4-ki, że na 7-ce (śledczy) o drugiej w nocy była jakaś rozróba i to większa, bo widziano kilkunastu gadów uzbrojonych w pały biegnących pędem w tamtym kierunku, a potem krzyki, które nie ustawały do rana. Potwierdza to fakt, że Jaś Toporowski, który uzyskał pozwolenie na uczestniczenie w mszy odbywającej się w naszym pawilonie (bezpośrednio po mszy dla internowanych) nie został na nią dziś przyprowadzony.

Swój 11 już kotlet mielony znaczący 77-my dzień internowania jemy bez emocji i zainteresowania jakie towarzyszyły zawsze temu aktowi – najbardziej widocznemu znakowi, że czas jednak płynie. Po spacerze porannym oglądaliśmy boks w TV, gdyż ze względu na pucowanie korytarza przez więźniów specjalnie w tym celu sprowadzonych – poruszanie się po ośrodku było utrudnione. Nam już nie proponują mycia korytarza, jak to było na początku – chociaż ta czynność jest wliczona do naszych regulaminowych obowiązków. Potem był obiad i drzemka, po której zabrałem się do pisania ignorując nawet telewizję.

Wczoraj była wypiska: oprócz cukru i papierosów nic nam nie zaoferowano.

Może dzisiejszy senny nastrój jest związany z deszczem, który od południa pada baz przerwy, a może to po prostu „niedzielna choroba”? W każdym razie nikt nie grał dziś w pingponga i bilard; nawet amatorów na karty nie było.

Biskup Pylak zapowiedział swoją wizytę u nas na środę o godz. 15-ej. Zamówiliśmy przez ks. Rojka modlitewniki i grzałki. Tyle chyba może dla nas niebiedna Diecezja Lubelska zrobić. Mnie interesuje stosunek Bpa Pylaka do problemów Solidarności. Znając jego oportunizm z rozmów, jakie odbywaliśmy z Nim w okresie organizacji puławskiego KIK-u[135] nie jestem w tym względzie optymistą. Ale zobaczymy – ostatecznie ludzie się zmieniają a On przyjedzie do nas prosto z rekolekcji, które na Jasnej Górze prowadził Prymas Glemp.


15.XI. Poniedziałek. Dziś rano Jeometra miał wizytę samego tow Sacewicza, który przyniósł mu odmowną odpowiedź na podanie o urlop w celu wzięcia udziału w pogrzebie ciotki zmarłej prawie miesiąc temu. Może to i śmieszne, ale ład i porządek w SB – jest godny podziwu. Była prośba jest więc i odpowiedź, a że o miesiąc opóźniona nie ma nic do rzeczy. Tow, Sacewicz apelował równocześnie do Jeometry, żeby przyjął tę decyzję spokojnie bo i tak 13.XII sprawa internowanych zostanie definitywnie rozwiązana. Dla SB-ecji miesiąc mniej czy miesiąc więcej siedzenia za kratkami nie ma widać większego znaczenia – ostatecznie to nie oni przecież siedzą. A że ma dla nas – też nikogo nie obchodzi. Po wizycie Sacewicza oglądamy pogrzeb Największego Człowieka Naszych Czasów[136].

 

16.XI. Wtorek. Od rana przygotowujemy się do widzeń tymczasem spotyka nas srogi zawód: ci co wykorzystali 2 widzenia w tym miesiącu muszą obejść się smakiem, bo komendant wyjechał i nikogo nie upoważnił do podejmowania takich decyzji. W rezultacie okazało się, że komendant był, ale zrobił unik prawdopodobnie ze względu na to, że robi mu się ciepło koło d... W mamrze jedna niespodziewana kontrola po drugiej a SB-cy nie wychodzą z niego w ogóle. Nas nie nachodzą w dalszym ciągu – mamy nawet obawy, że nasze akta gdzieś się zawieruszyły i mogą się odnaleźć dopiero za np. 10 lat, co przypomni dobrotliwej władzy, że jeszcze siedzimy. Widzenia mieli tylko Janusz Iwaszko i Romek Zych, którzy nie wykorzystali jeszcze wszystkich regulaminowych. Dzięki temu udało się Zdzisi przemycić przez Janusza siatkę z jedzeniem, która nas trochę pocieszyła. Reszty dopełniły paczki otrzymane legalnie na talony. Por. Wronka był tak uprzejmy, że na prośbę Zdzisi podał mi 2 numery Planty do dokumentacji i obiecał oddać Jej dwa już zrobione. Nie wiem tylko czy tego dokonał, bo miał obiekcje w związku z tym, że nie zna języka, w którym Planta[137] jest drukowana a ma wątpliwości, czy pod postacią analiz dokumentacyjnych nie przemycam za mury – jak się wyraził - „bomby intelektualnej”. Nerwowa wtorkowa atmosfera skrupia się na Zenku, prostodusznym i naiwnym, choć radykalnym działaczem Solidarności RI, który ni stąd ni zowąd wystrzelił z oświadczeniem, że właściwie to bardziej mu odpowiada „teoria socjalizmu od teorii kapitalizmu”. Szczególnie pociąga go w socjalizmie idea egalitaryzmu. Tu już nie wytrzymaliśmy i zespołowo z Trzecim daliśmy mu taki wycisk (oczywiście intelektualny), że obiecał, że już nigdy publicznie nie wypowie słowa „socjalizm”[138]. Na razie słowa dotrzymuje, ale mocno posmutniał. Coraz częściej nam się zresztą zdarza dyskusja na tematy polityczne i światopoglądowe, których dawniej większość raczej unikała. Może z obawy podsłuchu lub kapusia? Teraz mamy 100% pewności, że u nas podsłuchu nie ma ,gdyż informację tego typu uzyskaną od czynników oficjalnych[139] potwierdzili kryminaliści z czwórki[140], a tym można zaufać. Ostatnio unikają nas trochę bo kilku z nich poszło na dywanik za kontakty (głównie handlowe) z nami. Jesteśmy więc odcięci - mam nadzieję, że chwilowo – od źródła zaopatrzenia w dulawki, wisiorki itp. fajanse.

Leleput wziął się poważnie do nauki, bo czeka go w listopadzie egzamin radcowski. Dyrekcja PKP wystąpiła do KW MO o zwolnienie go na okres tego egzaminu, więc boi się zblamować. Prawdę mówiąc to niewielka jest nadzieja, że dostanie przepustkę, ale chociaż ma zajęcie. Mnie również dobrze zrobiła dokumentacja. Od czasu otrzymania oprawki i żarówki przy zastosowaniu których wykonaliśmy na bazie rolki papieru toaletowego piękną lampkę stołową nie kładziemy się spać przed pierwszą w nocy, ale też nie wstajemy przed 10-tą rano. Zapomniałem dodać, że razem z Plantą dostałem od Zdzisi przez Wronkę nowe okulary. Podziwiam szybkość działania moich najbliższych zza murów[141]. Szkła w okularach są świetne, ale oprawka wymagała przeróbek czego dokonał Trzeci majstrując przy niej przez pół dnia.

 

17.XI. Środa. 80-ty dzień internowania. Od rana przygotowujemy się do wizyty bpa Pylaka zapowiedzianej na 15-tą. Przedpołudnie wypełnia nam burzliwa dyskusja (a właściwie dalszy ciąg wczorajszej) na tematy ideologiczno - polityczne. Dziś już wszyscy negują i wartość i zastosowalność i reformowalność komunizmu więc kłócimy się o szczegóły. Rozmawiam też trochę z Leleputem, który partyjną legitymację rzucił dopiero 14.XII.1981 wierząc do tego czasu w możliwość zmian wewnątrz partii, mimo że komunizm kochał tak samo, jak nie przymierzając ja. Już po godzinie okazuje się, że jesteśmy w zasadzie jednomyślni więc w przykładnej zgodzie i z satysfakcją zabieramy się: on do rycia kodeksów, ja do dokumentacji. Pracujemy w pustej celi nr 16 udostępnionej nam na naszą prośbę przez gada.

Popołudniowy spacer wypełnia nam dyskusja o wizycie biskupa. Szczególnie interesuje nas jego wejście oraz fakt, czy puszczą go do nas, czy nas zaprowadzą do Ambasady. Powszechną aprobatę zyskuje przypuszczenie (moje), że biskup jako dobry pasterz wkroczy na teren mamra popędzając witką prosiaczka uwiązanego za zadnią nogę abyśmy mogli go upiec z jabłkiem w ryjku i skonsumować z chrzanem popijając okowitą, którą przemyci ks. Rojek w puszce od konserw. Rzeczywistość okazała się bardziej prozaiczna. Zamiast prosiaczka dostaliśmy po modlitewniku z autografem i błogosławieństwem, a zamiast trunku – pocztówkę z Papieżem, również z autografem i błogosławieństwem. Rozmowa jak z księdzem Rojkiem – dużo utyskiwania i popłakiwania nad naszym losem, słów pociechy i zachęty do wytrwania, których nam nie potrzeba, bo ani nie jesteśmy załamani ani nie zachowujemy się jak skrzywdzone ofiary, a wytrwać i tak musimy. Trochę rozmawiamy o więźniach z dekretu[142]. Jesteśmy zgodni co do tego, że oni są głównym problemem a nie my, ale nie zgadzamy się jeśli chodzi o propozycje rozwiązania tego problemu. My uważamy, że Episkopat powinien twardo domagać się amnestii dla nich jako swego pierwszoplanowego warunku normalizacji a póki to nie nastąpi – opracowania statusu więźnia politycznego. Biskup uważa natomiast, że domaganie się amnestii jest bez szans (poczekajmy, może wizyta Papieża coś załatwi) a statutu więźnia politycznego dekretowcy sobie nie życzą bo nie mogliby wtedy pracować z innymi więźniami i czas by im wolniej upływał[143]. Jedyne informacje jakie uzyskaliśmy to wiadomość, że program wizyty Papieża i jej długość zostaną ustalone dopiero w lutym, że zna treść listu Konferencji Episkopatu do Jaruzelskiego, ale nie może jej zdradzić i, że Rada Społeczna Episkopatu pracuje nad następnym dokumentem na temat warunków ugody społecznej, przy czym o poprzednim, mocno skrytykowanym przez związkowców już się nie mówi oraz, że był z wizytą w Łupkowie, gdzie siedzi ponad 100 internowanych w dobrych warunkach i w dobrym nastroju. Jest wśród nich Irek O[strokólski][144]. Potem opowiedział kilka kawałów, podpisał modlitewniki oraz obrazki i poszedł, bo spieszył się na zebranie. Prawdę mówiąc przyjęliśmy to z ulgą, bo zaczynało być nudno – i nikt nawet nie zaprosił go na następną wizytę. Przez cały czas pobytu biskupa – odbywało się to w największej celi 13-ej – nie odstępował go ani na krok por. Wronka, który też dostał obrazek. Po odejściu duszpasterza - oprócz uwagi, że dobrali się usposobieniami i sposobem bycia jak w korcu maku z ks. Rojkiem – rozmów na temat tej wizyty nie było. Smutne to, ale prawdziwe. Czuć było, ze wizyta u nas jest dla biskupa obowiązkiem, że ją z konieczności, ale bez entuzjazmu odwala. Zupełnie inaczej czuliśmy się w towarzystwie Mai Komorowskiej, która była nami naprawdę przejęta choć nie powtarzała tego wcale i chociaż nie jest ani biskupem, ani nawet ,osobą duchowną.

Zapomniałem, że dostaliśmy od biskupa jeszcze jeden prezent: grzałkę nurkową jedną na 3 cele. Porwały ją zaraz chomiki z 13-ki mimo, że mają już jedną pozostawioną przez Pierwszego. Wyliczyliśmy, że 7.XII będziemy obchodzić 100-dniówkę, a myślę, że zdążymy jeszcze tu w mamrze uczcić moje 45-lecie[145], ale Święta prawie na pewno spędzimy w domu. Odpukuję. Jest już druga po północy więc kończę zapiski na dzień dzisiejszy i idę spać[146].


18.XI. Czwartek. Od rana gorąco. Trzech z nas ma gości z SB, a to już ponad 25% internowanych bo jest nas 11; dwunasty jest nadal w szpitalu. U Janusza I[waszki] był Sacewicz, z odmowną decyzją na jego podanie o udostępnienie mu listy wycieczkowiczów na Węgry. Natomiast u Mariana G[ałkowskiego]. i Andrzeja P[ieniążka]. był ich SBek[147] (obaj są z MZK Lublin) i po rozmowie oświadczył, że jutro zostaną zawiezieni na komendę MO i zwolnieni. Marian ustosunkował się do sprawy sceptycznie nie dając wiary łaskawości władzy, podczas gdy Andrzej natychmiast zaczął się pakować, notować adresy itp. Sprawa najbardziej obeszła jednak Zbyszka [Wojnickiego] z Poczty, który uważa, że to on powinien być zwolniony bo jest najbardziej niewinny. Nie przyjmuje do wiadomości, że i inni są niewinni i również mają żony i dzieci. Zbyszek to największy egocentryk: żeby nie wiem jak był najedzony, to jeśli ktoś otworzy puszkę lub utnie kawał kiełbasy, zaraz i on się dołącza żeby mieć swój udział, bo przecież jest kołchoz. Nic dziwnego, że jest załamany bliskim zwolnieniem kolegów i nawet ma im to za złe. My się cieszymy, że chociaż oni dwaj będą mieli te wczasy już za sobą. Do wieczora o niczym innym nie mówimy, tylko, co będą jutro robić, jeść itp. ci dwaj szczęśliwcy. Nawet film z serii „07 zgłoś się” tylko na chwilę przerywa rozmowy na ten temat. Film – kompletne dno pod każdym względem, ale ma dla nas jedną zaletę: w każdym odcinku pokazują „gołą babę przodem”. I właściwie to oczekiwanie na „gołą babę przodem” w każdym filmie jest jedyną oznaką ciągotek, jakie chyba muszą odczuwać młodzi ludzie zamknięci od 81 dni. Myślałem, że pod tym względem będzie gorzej, zwłaszcza jeśli chodzi o rozmowy, wspomnienia itp. Nic z tego. Jeśli chodzi o temat rozmów sprawy płci są b. rzadkie, dominują polityczne i zawodowe.

 

19.XI. Piątek. No i mieliśmy dziś atrakcje ale nie takie, jakich się spodziewaliśmy. Rano przyszedł komendant i oznajmił, że zapadła decyzja o przeniesieniu do naszego pawilonu skazanych pracujących z 5-ki, wobec czego my mamy się przenieść do 2 cel w końcu korytarza, gdzie będziemy oddzieleni od skazanych kratą. Ocenił to jako oznakę naszego szybkiego wypuszczenia na wolność – dlatego nas nie wywożą a równocześnie w pewnym sensie mieszają ze skazanymi, co na długą metę jest nie do pomyślenia. Przenosimy się więc: trzynastka do celi nr 10 a my z 15-ki do celi nr 9. Obydwie są wielkie, 16-osobowe więc część prycz wywalamy zostawiając pod ścianami 5 piętrowych. W trakcie przeprowadzki okazuje się, że Chełmiacy jak zawsze oryginalni odmawiają przejścia do nowej celi uważając to za ograniczenie ich wolności. Żadne argumenty: że i tak mamy więcej luzu i przywilejów niż to wynika z regulaminu, że mamy dobre stosunki z władzami więziennymi, które nie raz okazały, że nam źle nie życzą i że więźniowie tłoczą się i śpią na podłodze a my w 12 zajmujemy cały, 200-osobowy pawilon itp. nie trafiają im do przekonania. Zapada decyzja, żeby ich przenieść razem z łóżkami. Zwołali do tej operacji 8 gadów, nas zamknęli w 10-ce żebyśmy nie stanęli w ich obronie, choć nawet nie mieliśmy zamiaru uznając ich stanowisko za głupie i dziecinne. Obeszło się bez draki, bo jak te bohatery zobaczyły klawiszów, czym prędzej zeskoczyły z łóżek i zaczęły się same przenosić do naszej celi. Jest więc nas 7-miu: 4 z 15-ki (ja, Andrzej Zaranek]., Zenek W[ysokiński] i Janusz I[waszko]) oraz 3 z 11-ki (Janusz Krupski ze „Spotkań” - fajny chłopak oraz krzykacz i prymityw Zych z Chełma – ten „głodujący” oraz będący pod jego wpływem drugi Chełmiak Andrzej Ł[ukaszczyk]). Atmosfera napięta, bo przy próbach perswazji przed przenosinami posypały się na nas chełmskie wiąchy. Druga scysja nastąpiła już po przenosinach. Zaproponowaliśmy system taki, jaki był w 15-ce tzn. dyżur do zamiatania i mycia naczyń. Zych z mety odmówił twierdząc, że on z harcerstwa dawno wyrósł i nie ma zamiaru ani zamiatać, ani myć kibla, ani garów, co ciekawe spółkę żywnościową uznaje, chociaż oni nie mają nic, a my jesteśmy nieźle zaopatrzeni. Taki już Zych jest. Postanawiamy ignorować go jak powietrze.

Żeby skończyć temat przeprowadzki dodam, że przenosiny, układanie itp. zajęły nam czas do obiadu a potem zasiedliśmy do kart, żeby ukoić stargane nerwy. Wszyscy odczuwamy żal za dawnymi celami, do których się już przyzwyczailiśmy. Ja widzę dwie wady tej zamiany: towarzystwo i wielkość celi. Nasza była mała i przytulna, ta jest wielka, prawie pusta i zimna bo narożna. Na pewno jak się przyzwyczaimy nie będzie nas tak drażnić jak teraz.

Druga atrakcja, której na dziś oczekiwaliśmy okazała się podpuchą Ubecji, nie pierwszą i nie ostatnią. O żadnym zwolnieniu Mariana [Gałkowskiego] i Andrzeja [Pieniążka] ani mowy. Marian, który od początku tak to oceniał tryumfuje, że nie dał się podpuścić, Andrzej P. leży twarzą do ściany. Najwięcej przyjemności ma Zbyszek, który nie może patrzeć na radość innych, wyraźnie rozpromienił się. Wieczorem, gdy wszyscy poszli spać zmęczeni wrażeniami dnia kończę krucyfiks z chleba i jeden różaniec. Spać idę po północy.

 

20.XI. Sobota, 83 dzień. Od rana wprowadzają się do pawilonu więźniowie. Przed tym wstawili kratę, która oddziela ich od nas. My mamy do dyspozycji nasze cele, 3 metry korytarza i cały dół: świetlicę, łazienkę z ciepłą wodą, salę bilardową i pingpongową. Na spacer wychodzimy przez świetlicę. Do naszego pawilonu przyszli więźniowie z 4-ki, na 4-kę przychodzą z 5-ki. Przez nich dostaliśmy gryps od Stefana Kieposa, który od lipca odsiaduje 4-letni wyrok z Dekretu. Był w Hrubieszowie a ostatni miesiąc był w szpitalu więziennym w Warszawie na Rakowieckiej. Kilka dni temu z kolegą został przewieziony do Lublina, ale domaga się przewiezienia do Hrubieszowa, gdzie inni dekretowcy od 13 dni głodują w walce o status więźnia politycznego. Ten Kiepos (jest ze

Stalowej Woli) z kolegą zapowiedział strajk głodowy, bo chce do Hrubieszowa. Prosi żebyśmy ich poparli głodówką. Chyba się na to zdecydujemy.

Na spacerze po południu udało się nam zamienić kilka słów z więźniami z 4-ki, którzy uprzednio byli na 5-ce. Okazuje się, że Kiepos w nocy został jednak przewieziony do Hrubieszowa, więc sprawa głodówki upada. Powiedzieli nam, że „cały świat przestępczy jest za Solidarnością” i żebyśmy po wyjściu zaraz „roz...lili juntę”. Oni nam pomogą, ale obecnie nie mają herbaty, bo „jak zdechła ta ropucha z Moskwy, to pęknął niejeden czaj”. U nas też z herbatą niebogato więc dajemy im trochę papierosów i kończymy rozmowę z obustronną satysfakcją. Po spacerze lepię z chleba świątka – Chrystusa Frasobliwego siedzącego na pieńku. Nawet mi się udał. Wieczorem ma być w TV film szwedzki, więc znów będą „gołe baby przodem”, od rana wszyscy się z tego cieszymy. Nie daj Boże zawodu. Zawód oczywiście był, ale film niezły.

21.XI. Niedziela. Noc prawie bezsenna tak samo jak od kilku dni. Podobno to jedna z form „więziennego pierdulca”. W dzień nie śpimy, wieczorem do upadłego prztykamy w pingponga a sen nie przychodzi. Można z tym żyć, ale przyjemne to nie jest. Lepsza jest już druga forma polegająca na przesypianiu 14-16 godzin na dobę. Z naszych podlega jej tylko Zych. Rano chodzimy oczywiście jak muchy w smole. Na obiad jemy bez entuzjazmu 12-ty kotlet mielony, potem spacer a po spacerze herbata z cukierkiem z okazji imienin Januszów: Iwaszki i Krupskiego.

Do mszy gawędzimy przy herbacie. Dostali od nas upominki w postaci „Medali Chlebowych I-ej Klasy”, że stosownymi napisami oraz dyplomami ich nadania przez Kapitułę M.Ch.I Kl.. Po mszy, którą odprawił ks. Bogdański kontynuujemy uroczystość imieninową, bo ks. Bogdański ma na imię też Janusz. Dostał od nas w prezencie różaniec z chleba.

Niedzielę kończymy Nikodemem Dyzmą.


Ilustracja-9

Ilustracja 9. Odręczny plan celi nr 9 po przenosinach w dniu 19.XI z zaznaczonymi pryczami i nazwiskami ich użytkowników. Po drugiej stronie korytarza zaznaczono wejście do celi nr 10.

 

22.XI. Poniedziałek. Rano budzi nas wiadomość, że chce z nami rozmawiać komendant w sprawie regulaminu. Ustalamy, że spacerniak mamy do dyspozycji od 11-ej do 14.30. Bardzo nas to urządza bo nie będziemy musieli zrywać się tak wcześnie jak obecnie. Dolne pomieszczenia (łazienka, świetlica, bilard, pingpong) mamy do dyspozycji do godz. 18-ej. Później musimy obracać się w obrębie cel, korytarza i świetlicy urządzonej w celi nr 11, gdzie ustawiony jest kolorowy telewizor. Na te kilka tygodni, które nam – według komendanta zostały – zupełnie wystarczy. Przy okazji odbyła się mała rewolucja pałacowa. Komendant polecił por. Wronce przynieść dla nas krzesła co tenże uczynił skwapliwie przy osłupieniu klawisza. Ponoć jak to więzienie stoi po raz pierwszy się zdarzyło, żeby funkcjonariusz i to w randze szefa oddziału przyniósł więźniowi krzesło. Później klawisz, jeszcze osłupiały powiedział nam, że codziennie im przypominają, że do nas należy zwracać się per pan, a oni przywykli zwracać się na ty, albo ty s...synu. Dlatego nie lubią nas pilnować bo boją się wpadki, a poza tym klawiszowanie internowanym uchodzi za moralnie podejrzaną czynność. Korzystając z gadatliwości gada wyciągnęliśmy wiadomość, że po podaniu przez PR do wiadomości o tym, że w „Moskwie zdechła ta czerwona ropucha” w więzieniu rozległ się spontaniczny okrzyk radości i równocześnie poszły w ruch wszystkie buzuwy do czaju powodując przeciążenie linii i wywalenie bezpieczników. Istotnie nie było wtedy przez 3 godziny światła, tylko my nie wiedzieliśmy z jakiego powodu. Nasi przyjaciele komuniści[148], nazywają się tu czerwonymi pajączkami i nie cieszą się specjalną sympatią.

Pingpong idzie mi coraz lepiej: regularnie leję Leleputa i Trzeciego, którzy jeszcze niedawno potrafili mi dolać z palcem w d. Po południu obchodzimy skromną uroczystość. Dziś mija bowiem 12 tydzień = 84 dzień od przekroczenia przez większość z nas progu wolności. Jeśli chodzi o mnie, 12 tygodni minęło dziś o godz. 19.55. Z tej okazji wydany został medal pamiątkowy z chleba z datą naszego uwięzienia i numerem decyzji o internowaniu, który traktujemy jako nasz numer więzienny. Mój jest 213. Wieczorem leczymy stargane nerwy kierkami. Jest to najlepsze lekarstwo dla tych, którym wysiadają nerwy albo mają smutne myśli, dlatego właściwie nie ma chwili, żeby jakaś grupka nie grała. Jeśli wyczuwamy u kogoś napięcie, staramy się namówić go do gry i po 2 godzinach – jak ręką odjął.

Komendant obiecał nam trzecie widzenie jutro a dla Andrzejów (jest ich trzech: Zaranek, Pieniążek i Łukaszczuk) w przyszły wtorek, w Andrzejki. Zapowiadają się więc Andrzejki bogato i uroczyście. Potem jeszcze Barbórka, 100-dniówka...i do domu. Chyba urodziny (już 45-te) będę obchodził w Puławach. Oby. Na wszelki wypadek odpukuję. Zaopatrzenie nadal dobre – ludzie o nas pamiętają. Dziś uśmialiśmy się z telewizyjnego wystąpienia PRONcia z Dobraczyńskim na czele i z poziomu dyskusji. Usatysfakcjonowała nas również uchwała MOP zmuszająca nasze czerwone pajączki do opuszczenia sali obrad. Wynika z tego, że ludowej władzy pali się grunt pod nogami na wszystkich frontach. Specjalnie się tym nie martwimy. Cieszymy się, że Wałęsa wszedł do Rady Społecznej Episkopatu – przynajmniej będzie miał co robić i nie będzie pleśniał. Dziś udało nam się przesłać na śledczy 20 paczek papierosów dla naszych dekretowców. Siedzi ich tam aktualnie 4, w tym Jaś Toporowski.

100-dniówka przypada 6.XII czyli na św. Mikołaja. Idę spać, bo jutro wizyty. Trzeba ładnie wyglądać.

 

23.XI. Wtorek. Dziś o godz. 9.30 minęło dokładnie 12 tygodni = 84 dni od chwili osadzenia nas w ośrodku dla internowanych. Po nocy spędzonej na Północnej ośrodek zrobił na nas wrażenie azylu. Teraz już tak nie myślimy, ale trzeba przyznać, że nie jest źle. Spokojnie oczekujemy trzecich już w tym miesiącu odwiedzin, bo mamy obietnicę, że dojdą one do skutku.

Istotnie doszły nawet bez rewizji i kipiszów, które chociaż przeprowadzane tylko formalnie, dla spokoju sumienia – jednak były. Ja przyjmowałem Zdzisię z Łukaszem. Dowiedziałem się, że Dziadek spadł z drabiny i mocno się potłukł a Krzyś pojechał do Przemyśla w odwiedziny. B. miły list od Dziekana U[mińskiego][149]. Żeby jednak zacząć od początku trzeba się cofnąć godzinę wstecz, kiedy to Leleputa (T. Pałaszewski) odwiedził jego anioł stróż z SB i po krótkiej rozmowie, bez nacisku na jakiekolwiek zobowiązania na piśmie, zwolnił go niespodziewanie z internatu. Leleput co prawda pisał podanie o umożliwienie mu wzięcia udziału w egzaminie radcowskim, do którego przygotowywał się od pół roku a został internowany na 2 godziny przed rozpoczęciem urlopu szkoleniowego, ale nie żywił żadnych nadziei co do efektów tego podania. A jednak za 5 dwunasta władza jeszcze raz okazała swoją łaskę. Leleput był bardzo smutny, bo przykro stąd odchodzić zostawiając kolegów za kratkami, ale i szczęśliwy, że uda mu się do tego egzaminu stanąć. Trochę się uczył, więc chyba zda. Zaczyna pisemny jutro o 9-ej, mamy trzymać palce i będziemy. Jego wyjście skomplikowało trochę moje sprawy ze względu na podobieństwo nazwisk. Po pierwsze, to ja zostałem przez gada wezwany na rozmowy z Ubekiem i dopiero po krótkiej wymianie uwag zorientowałem się, że chodzi o kogoś innego. Później, już w czasie wizyt por. Wronka, któremu też się pokiciało z ubolewaniem wyznał, że w dobrej wierze oznajmił mojej żonie, którą dobrze zna i ceni, żeby nie zgłaszała się na wizytę, bo ja zaraz wychodzę. Po odkręceniu całej sprawy okazało się, że powiadomił o wyjściu męża jednak p. Pałaszewską tylko ma słabą głowinę i wszystko mu się w niej pokręciło. Tak więc wizytę odbyłem normalnie, w dobrym nastroju. Złożyłem Zdzisi życzenia, wręczyłem prezent imieninowy, odebrałem jak zawsze masę pozdrowień, prezent od MB[150] i komplementy za dobry wygląd, jak również szokującą wiadomość, że na miejscu dyr. W[itka][151] ma zasiąść Jan M[azurek][152], a jego żona ma objąć Zakład. Koszmar, ale socjalistyczny i w tym pociecha.

Po wizytach, jak zawsze, degustacja a potem obowiązkowe kierki dla ukojenia starganych nerwów, przeplatane wspomnieniami o Lelepucie. Pozostało nas więc 11-tu choć zaczynało 15-tu a przez ośrodek przewinęło się łącznie 20-tu nie licząc internowanych kryminalistów z Chełma. Wieczorem dyskusja tak zażarta, że kładziemy się o 3-ej a dwóch nie kładzie się nawet wcale i odbywa apel poranny po raz pierwszy w kompletnym ubraniu i nie w łóżku. Jednym z nich jest Andrzej Z[aranek].

 

24.XI. Środa. Śpimy do południa i z trudem zwlekamy się na spacer o 11-ej. W czasie spaceru Zbyszek W[ysokiński]. dostrzega swego Ubeka zmierzającego w stronę naszego pawilonu. W tym miejscu włączył się Roman Z[ych] z Chełma w wyniku czego wywiązał się następujący dyskurs:

R: Te, koleś, kiedy cię zgarnęli?

UB: Dzisiaj.

R: O.K... ale cię załatwili na parę dni przed końcem wojny.

UB: Takie jest życie...

Romek oczywiście udawał, że bierze go za nowego internowanego, ale Ubek stanął na wysokości zadania i dyskusji, moim zdaniem, nie przegrał. Po spacerze zwolnieni zostają dwaj dalsi, obydwaj z MZK: A. Pieniążek i M. Gałkowski, którzy mieli to obiecane już tydzień temu. Zostało nas więc tylko 9 z tym, że wszyscy zwolnieni dziwnym trafem mieszkali w 10-ce. Teraz jest nas w 9-ce siedmiu, a w 10-ce – dwóch. Była dziś wypiska, ale mnie nie dopisali do konta pieniędzy, które wpłaciłem wczoraj[153], więc wypiska mnie ominęła. Dostaliśmy nową porcję razowca więc ugniatamy na fajanse[154] – tak się to nazywa. Poza tym zrobiłem lampkę z małej żarówki w oprawce z fiolki od szamponu i przykrywki od słoika. Mam zamiar wymalować na abażurze (z kartonu, szyty nicią z koca) sceny z życia więziennego ale trochę nie dostaje mi talentu. Już teraz jednak mój wyrób wzbudza aplauz jeśli nie zachwyt. Jestem z niego dumny. Wieczorem czytam trochę w łóżku choć niewielką mam na to ochotę, ale muszę zaakcentować swoją wyższość posiadacza lampy.


25.XI. Czwartek Rano mam wizytę ob. Masłowskiego z wiadomej instytucji[155]. Przyszedł, żeby zapytać, czy przemyślałem swoje błędy i obiecuję poprawę. Odpowiedziałem, że do błędów się nie przyznaję i mam zamiar nadal zachowywać się jak człowiek a internowanie jeszcze mnie w tym zamiarze utwierdziło. Twierdził, że mają na piśmie zeznania przeciwko mnie, bo „nie wszyscy w IUNG są moimi przyjaciółmi” a ponadto niepotrzebnie pokazywałem się na procesach w Lublinie[156] bo zostało to ocenione jako akt polityczny. Poza ty za często kontaktuję się z ludźmi podejrzanymi. Działalność charytatywna a nawet opozycyjna jest – według niego – prawnie dozwolona, ale musi być oficjalna !!! Po 1,5-godzinnej rozmowie oświadczył, że będzie musiał ze mną jeszcze porozmawiać po zwolnieniu i odszedł zapewniając mnie o swojej wysokiej ocenie mojej osoby, moim dużym oddziaływaniu na środowiska (chciałby, żeby było pozytywne) oraz o moich talentach organizatorskich. Jeszcze dwie ciekawostki: padły dwa nazwiska: MB i Igora[157]. Powiedziałem, że z MB przyjaźnię się i nie zamierzam zrywać bo: a) lubię ich, b) cenię sobie ich sztukę a jako człowiek ciekawy interesuję się jak ona powstaje. Igora posądził o podburzanie młodzieży; stwierdziłem, że niewiele go znam, ale zawsze oceniałem go jako pacyfistę i człowieka przedkładającego metody zalecane przez moralność katolicką, niż wzniecanie niepokojów. Według mnie mógł raczej uśmierzać niż podsycać wrzenie. I jeszcze jedno: w IUNG ponoć działa organizacja bojowa, uzbrojona. Obłęd. Po moim internowaniu ponoć w Puławach trwa niczym niezmącony spokój, ład i porządek. Grzecznie podziękowałem za tak wysoką ocenę mojej osoby i spytałem dlaczego – jeśli mają przeciwko mnie dowody – nie siedzę na siódemce, na śledczym. Okazuje się, że mnie lubią, cenią i nie chcą robić mi krzywdy. Będą dla mnie nadal pobłażliwi, ale muszę im w tym pomóc. Poza tym on też jest tak jak ja szczerym demokratą i patriotą, też ma dzieci [158]itp. Internowali mnie tylko dlatego, żebym nie robił głupstw i nie wpadł grubo. Z[dzisię]. oszukał po rewizji co do powodu mego wezwania na MO bo mnie znał i bał się, że mogę się ukryć. Poza tym wolałby inne metody, ale służba, instrukcje itp. Decyzją o moim internowaniu był zaskoczony. Dyrektor Nawrocki[159] w czasie długiej rozmowy na mój temat nie krył, że nie jest zadowolony z wyników mojej pracy w ostatnim 2-leciu[160]. No i tyle.

Mimo zastrzeżeń, że nie obiecuje mi zwolnienia jestem prawie pewien, że w tych dniach wyjdę. Trochę mi przykro ze względu na kolegów, ale radość (byle nie przedwczesna), że nareszcie wrócę do domu jest grubo większa. Boję się dwóch rzeczy: trudności z adaptacją w nowych warunkach za murami, bo tu jednak człowiek nabrał zupełnie innych nawyków, przyzwyczajeń itp.. Drugi powód do obaw wywodzi się z doniesień o złym przyjęciu i izolacji tych, którzy przedwcześnie wychodzą z internatu. Byłoby mi strasznie przykro, gdybym się spotkał z taką nieufnością i musiał udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Ale jak trzeba – przejdę i przez to, tyle, że bez przyjemności i entuzjazmu. Co potem „na wolności” nawet nie planuję bo trudno mi się po tych, już 89 dniach przymierzyć do normalnych warunków życia. Wiem jedno, że nie sprzeniewierzę się nigdy zasadom, które sobie narzuciłem: być człowiekiem, zachowywać się jak człowiek i nie zapomnieć o naszych ideałach, a także zrobić wszystko co się da dla ich urzeczywistnienia. Tyle na ten temat.

Jeszcze nie ochłonąłem po wizycie ob. Masłowskiego i nie podleczyłem się kierkami, gdy wezwano nas na spotkanie z Mają Komorowską, która znów odwiedziła nas w towarzystwie swego kuzyna, p. Arka Komorowskiego i p. S. Czartoryskiego. Cała trójka to książęta krwi, bo ona przecież jest z Komorowskich Tyszkiewiczowa. Przywiozła trochę żywności i porozmawialiśmy ze 2 godziny o sprawach ogólnych, sytuacji Polski i naszej sytuacji w Polsce a także o postawie aktorów. Jej zdaniem to, co się nazywa bojkotem TV wynika głównie z chęci nienarażania się widzom i niestracenia publiczności. W drugiej kolejności dopiero niechęć do występowania w towarzystwie nieciekawym i niechęć do „tańca w okresie żałoby”. Jej zdaniem długo to trwać nie może jeśli nie ma ponieść uszczerbku kultura, ale nikt nie chce się odważyć na pierwszy krok. Może sygnałem będzie odwołanie stanu wojennego? Bardzo mi było miło, bo zostałem specjalnie potraktowany podziękowaniami za kwiaty i list. Dostałem od niej książkę z dedykacją i różaniec z Rzymu. Ona od nas dostała różaniec z chleba. Była bardzo wdzięczna. Oni są przekonani, że instytucja internowania dotrwa najwyżej do 13 grudnia, ale liczą się również z możliwością wcześniejszego zwolnienia większości. Oby.

* * *

W tym miejscu kończy się rękopis moich Zapisków z Ośrodka Odosobnienia dla internowanych w Lublinie, choć do chwili gdy usłyszałem sakramentalne słowa klawisza: „Pan Głażewski, proszę przygotować się do wyjścia” musiała upłynąć jeszcze cała doba. Rękopis z Zapiskami z dnia 26.XI. został zapewne w celi nr 9 albo zaginął gdzieś po drodze między Lublinem a Puławami[161]. Nie sądzę jednak, żeby mój 89-ty, przedostatni dzień pobytu w Ośrodku obfitował w jakieś szczególnie ważne wydarzenia Czytelnicy tych notatek niewiele więc stracą, jeśli korzystając z tej luki – zamiast mozolnie przypominać sobie tamten podobny do wszystkich innych dzień - opiszę wydarzenie, które doskonale opisuje nasze stosunki z klawiszami. Miało ono miejsce 9.XI ale korzeniami sięgało kilka dni wstecz. W Zapiskach z 5.XI. jest krótka wzmianka o tym, jak pilnujący nas klawisz, który poszedł do więziennej pralni po zmianę czystej bielizny pościelowej dla nas natrafiwszy tam na jakąś zakrapianą uroczystość nadużył alkoholu do tego stopnia, że po powrocie przez długi czas nie mógł trafić kluczem w dziurkę i otworzyć kraty. Jasiek Stepek i ja, którzy z rozbawieniem obserwowaliśmy to mało budujące widowisko użaliliśmy się w końcu jego mizerii (był to jeden z najbardziej z nami zaprzyjaźnionych gadów), wzięliśmy od niego klucz i otworzyliśmy (a potem zamknęliśmy) kratę od wewnątrz, nie bacząc, że czynem tym łamiemy najważniejszy zakaz niepisanego więziennego kodeksu, który zakazuje więźniom pod żadnym pozorem dotykać więziennych kluczy. Na tym się jednak nasza samarytańska działalność nie skończyła: musieliśmy jeszcze odprowadzić klawisza do dyżurki i dokonać za niego wymiany bielizny. Wywiązaliśmy się z tego zadania tak dobrze, że nie brakowało ani jednej sztuki. Klawisza to od nagany wprawdzie nie uratowało, ale uratowało go od potrącenia z poborów wartości nierozliczonej bielizny pościelowej. Od tej pory ten klawisz polubił nas jeszcze bardziej i często po wieczornym apelu, zamknięciu wszystkich cel i pogaszeniu świateł, łamiąc wszelkie regulaminy, zachodził do naszej celi na herbatkę i gawędę. Był to jeden z tych klawiszów, którego znawca przedmiotu, Irek Ostrokólski zaliczyłby niewątpliwie do gatunku chłopoklawiszów[162] Z zawodu był wiejskim stolarzem, który ze względu na zaawansowaną pylicę płuc musiał zmienić zawód. Otóż w trakcie takiej pogawędki w dniu 9.XI, przy omawianiu możliwych skutków 8-godzinnego strajku w rocznicę rejestracji NSZZ „Solidarność”, który zgodnie z decyzją TKK miał się odbyć nazajutrz, któryś z nas zadał mu pytanie męczące nas już od dawna: w jaki sposób moglibyśmy uciec z lubelskiego więzienia w razie wkroczenia do Polski ruskich, którzy niewątpliwie rozpoczęliby swoje rządy od rozwalenia takiej jak my antykomunistycznej opozycji. Klawisz zrazu oniemiał, a potem kategorycznie odmówił rozmowy na ten temat zasłaniając się tajemnicą służbową i szybko zakończył wizytę. Do rozmowy wrócił z własnej inicjatywy dopiero któregoś z następnych wieczorów, po gruntownym namyśle wyjaśniając że wprawdzie nie może nam zdradzić jednej z największych tajemnic swojego zawodu bo musiałby złamać przysięgę, którą on traktuje bardzo poważnie ale obiecuje nam, że gdyby ruscy weszli to wialibyśmy wszyscy razem z nim. Powiedział to w taki sposób, że nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że słowa by dotrzymał.

27.XI,w porze śniadania nareszcie usłyszałem słowa, na które czekałem od 90 dni: do

domu. Pakowanie zajęło mi nie więcej niż 5 minut, bo już od dawna wszyscy byliśmy do zwolnienia przygotowani. Resztę czasu z przysługujących mi 30 minut poświęciłem na notowanie adresów i numerów telefonów a także na zbieranie poleceń od mniej szczęśliwych kolegów. Dalsze pół godziny zajęły mi formalności (zdanie rzeczy pobranych z magazynu, podjęcie depozytu, odebranie wezwania do KM MO na następny dzień itp.) i już ok. 9-ej znalazłem się za bramą więzienia z tekturowym pudełkiem, w którym mieścił się cały mój majątek, pod pachą, onieśmielony nowym otoczeniem oraz niemiłą świadomością, że teraz o wszystkim muszę decydować sam, pomaszerowałem na pobliski przystanek autobusowy. Dodam w tym miejscu, że wyjść z więzienia w ten deszczowy zimny poranek mogłem tylko dzięki Pierwszemu, który wiedząc, ze innych butów niż letnie sandały nie posiadam, w ostatnich dniach przysłał mi do więzienia zimowe robocze buty (czarne z wklejonym z tyłu paskiem różowego skaju) i niebieską podgumowaną roboczą kurtkę. W takim stroju, ozdobiony wielką zmierzwioną szpakowatą brodą musiałem wyglądać jak Jean Valjean z Nędzników po ucieczce z galer, ale nie spodziewałem się, że pasażerowie w autobusie będą się ode mnie tak ostentacyjnie, z wyraźną niechęcią odsuwali, myśląc zapewne, że tak wyglądając wielkim zaiste muszę być złoczyńcą. W tej sytuacji wysiadłem na najbliższym przystanku i całą drogę na dworzec kolejowy odbyłem piechotą zachodząc po drodze do ks. Bogdańskiego żeby zameldować o moim wyjściu oraz do mieszkań tych kolegów, od których dostałem jakieś zlecenia. Załatwienie tych spraw zajęło mi kilka godzin, droga do Puław dodatkową godzinę, tak że dopiero około 18-ej wylądowałem w objęciach żony, która właśnie przygotowywała ciasto na swoje jutrzejsze imieniny. Natychmiast rzuciła wszystko i zajęła się tylko mną, tak że już po godzinie wykąpany i przebrany w czystą odzież odpoczywałem sobie po trudach dnia na mojej własnej wersalce (Ilustracja 10 ).

Ilustracja-10

Ilustracja 10 Zdjęcie Stanisława Głażewskiego wykonane 27.XI.1982 r., w godzinę po powrocie z Ośrodka Odosobnienia dla internowanych w Lublinie przez żonę, Zdzisławę Głażewską .


Wieść o moim uwolnieniu musiała rozejść się po Puławach bardzo szybko, bo już następnego dnia żona dostała na imieniny laurkę pióra Krystyny Gądor (Ilustracja 11), która podsumowuje 3-miesięczny okres Jej „Słomianego wdowieństwa” i przewidywane skutki mego powrotu. Autorka była również łaskawa poświęcić w laurce trochę miejsca realistycznemu opisowi mojego wyglądu.

Nazajutrz po powrocie (28.XI), zgodnie z otrzymaną przy wypisie instrukcją zgłosiłem się na dyżurce Komendy Miejskiej MO okazując wezwanie i udałem się do pokoju, do którego skierował mnie dyżurny milicjant. Tam odnotowano moje nazwisko a także dzień i godzinę zgłoszenia oraz odprawiono mnie do domu pouczając, że teraz będę pilnie obserwowany i każde moje wykroczenie zaprowadzi mnie z powrotem za kratki. Chyba nie bardzo się tą groźbą przejąłem, bo już następnego wieczora objąłem moje dawne obowiązki drukarza w podziemnym wydawnictwie „Familia” drukując, wspólnie z Ireneuszem Ostrokólskim i Bogdanem Szewczykiem, ulotki i plakaty przygotowywane na pierwszą rocznicę Grudnia`81.

 

Myślałem, że wizyta w MO ostatecznie zamyka ten rozdział mojej biografii, aliści po kilku dniach zaszczycił mnie telefonem por. Masłowski pytając dlaczego nie zgłosiłem się do jego gabinetu, mimo że dostałem wezwanie. Wyjaśniłem, że jednak się stawiłem podając mu numer pokoju, w którym moje zgłoszenie zostało odnotowane. Okazało się, że przez pomyłkę dyżurnego trafiłem do Wydziału Kryminalnego MO a nie do SB jak powinienem, wobec czego musiałem się zgłosić na następną wizytę, tym razem do por. Masłowskiego. Po półgodzinnym deliberowaniu jak usunąć moje nazwisko z księgi kryminalistów nadzorowanych przez MO odbyliśmy kilkugodzinną rozmowę,ale nie o mojej działalności opozycyjnej,tylko wyłącznie na

temat mojej pracy zawodowej. Do tej rozmowy por. Masłowski zdawał się być doskonale przygotowany więc omówiliśmy kolejno cel badań, które prowadzę, ich koszty oraz przydatność wyników dla praktyki rolniczej. Przez wiele lat bezskutecznie usiłowałem dociec celu tej długiej, fachowej dyskusji. Sprawa wyjaśniła się dopiero w 2008 r., gdy w moje ręce wpadł dokument, którego reprodukcja stanowi treść Załącznika 12. Z dokumentu tego wynika, ze to przesłuchanie a niewykluczone, że również internowanie, zawdzięczam któremuś z usłużnych „kolegów”, którzy donosicielstwem dorabiali sobie do chudej instytuckiej pensji lub też w ten sposób wypracowywali sobie kariery.

I to już naprawdę wszystko, co chciałbym napisać o moim internowaniu. Po 1989 r. do żadnej organizacji kombatanckiej nie przystąpiłem. Prześladowała mnie bowiem myśl, którą niedawno bardzo trafnie sformułował Janusz Anderman[163] :

W 1990 roku ZBoWiD[164] przekształcono w Związek Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych. Nie znam jego liczebności, ale znowu znane są przypadki, że wstępują do niego ci, którzy w czasie wojny mieli zaledwie kilka lat. Istnieje także grupa internowanych w okresie stanu wojennego, którzy głośno domagają się przyjęcia w związkowe szeregi, wydania legitymacji i obdarowania przywilejami. Kto wie, może z czasem, z latami, ta grupa się rozrośnie i będzie liczyła więcej rozgoryczonych osób niż w ogóle było internowanych.

Z nieco innych powodów w czerwcu 2007 r. odrzuciłem propozycję wpisania mego nazwiska na „listę osób rozpracowywanych przez organy bezpieczeństwa PRL” złożoną mi przez lubelski IPN. Było to bowiem uzależnione od wypełnienia ankiety, która w wielu punktach w sposób niedopuszczalny ingerowała w moje życie prywatne a ponadto zmuszała mnie do tłumaczenia się z wielu moich życiowych decyzji. Otóż ja żyjąc na tym świecie od ponad 70 lat, w tym kilkanaście lat w podziemiu, podjąłem zapewne niejedną decyzję błędną, ale wszystkie, nawet te nietrafne podejmowałem w zgodzie z moją ówczesną wiedzą oraz okolicznościami i - co najważniejsze - w dobrej wierze. Dlatego też nikomu, nawet IPNowi nie zamierzam się z tych decyzji tłumaczyć.

Drugim, ważniejszym powodem odrzucenia oferty IPN jest pominięcie na „liście osób rozpracowywanych” z powodów politycznych nazwisk wielu działaczy opozycji, nieporównanie bardziej zasłużonych i niewspółmiernie bardziej poszkodowanych przez służby bezpieczeństwa PRL niż ja. Odnajdując na liście IPN swoje nazwisko, a nie odnajdując nazwisk np. Frasyniuka, Kuronia czy Wałęsy czułbym wielki dyskomfort moralny. Wolę zatem, by moje nazwisko figurowało na liście odrzuconych przez IPN, ale za to w doborowym towarzystwie.

Nigdy nie ubiegałem się również o żadne odszkodowania czy rekompensaty świadom, że do działań opozycyjnych przystępowałem z własnej nieprzymuszonej woli i jako człowiek pełnoletni, świadomy zagrożeń jakie się z tą decyzją wiążą. Z jakiego więc tytułu miałbym teraz obciążać podatników odpowiedzialnością finansową za moje ówczesne dobrowolne decyzje?

 

Tekst został wydrukowany w tomie: S.T. Głażewski – "W imię "Solidarności". Wspomnienia z lat 1981-1989" wyd. Towarzystwo Przyjaciół Puław, Puławy 2010, s. 96

 

Ilustracja-11

Ilustracja 11. Imieninowa laurka wręczona mojej żonie, Zdzisławie Głażewskiej przez Krystynę Gądor nazajutrz po moim powrocie do domu.

Przypisy

  1. Strona internatowa http://internowani.xg.pl/lublin/lublinopis.html
  2. SOLIDARNOŚĆ Informator nr 24 Region Środkowo-Wschodni, Lublin 7.VI.1982 r., s. 1
  3. W 5 „miesięcznicę”wprowadzenia stanu wojennego (13.XII) i zastrzelenia przez ZOMO 5 górników w kopalni Wujek w czasie tłumienia strajku protestacyjnego (16.XII).
  4. Była to zazwyczaj wydrążona piętka chleba wypełniona margaryną z knotem wykonanym ze skrawka prześcieradła. Taki znicz straszliwie śmierdział i kopcił.
  5. Efekty dej dyskusji są przedstawione w Załączniku 1.
  6. W tym miejscu muszę wyjaśnić dlaczego w tej trójce znalazłem się właśnie ja, a nie któryś z moich kolegów. Otóż Maja Komorowska (aktorka) omawiając z komendantem Kwietniem przebieg swojej wizyty i przeglądając listę internowanych natrafiła na moje nazwisko, będące również nazwiskiem jednego z członków jej rodziny osiadłych we Francji. W celu wyjaśnienia naszego ewentualnego powinowactwa poprosiła, żebym we wstępnej wizycie uczestniczył właśnie ja, na co komendant ze względu na swój sentyment dla Puław i Puławiaków chętnie przystał.
  7. W tym miejscu komendant Kwiecień jako przykład zachowań negatywnych przytoczył zdarzenie, za które w trosce o nieodzowny autorytet funkcjonariuszy więziennych musiał ukarać naszych poprzedników, którzy wycięli ze styropianu wronę, pomalowali ją na czarno i powiesili na spacerniaku na latarni a potem głośno wołali do oddziałowego SBeka , por. Wronki: „panie oddziałowy, ciotkę panu powiesili”.
  8. To nie wymagało dłuższego przekonywania. Rewolucyjny entuzjazm już dawno wśród nas wygasł więc najpoważniejszym wykroczeniem przeciwko temu punktowi umowy było głośne skandowanie na spacerniaku hiszpańsko-polskiego hasła : „Junta juje” w (mylnym) przekonaniu, że nikt z więziennego personelu nie wie, że w języku hiszpańskim głoskę „j” wymawia się jak „h”.
  9. Ten postulat był bezprzedmiotowy , bo od początku nasze stosunki z personelem więzienia układały się wzorowo.
  10. Nie zastosował się do tych zasad internowany w Tarnobrzegu Edward Atończyk w rezultacie czego został 7 maja 1982 r. skazany na 4 lata więzienia za „pisanie wierszy, listów i rymowanek zawierających fałszywe wiadomości”

    (J. Skórzyński i M. Pernal - „Kalendarium Solidarności 1980-89”, Wyd. Świat Książki 2005, s. 103).
  11. Obok korespondencji oficjalnej, przesyłanej pocztą i poddawanej cenzurze prewencyjnej (na kopercie lub arkuszu widniał wtedy stempel z napisem “Ocenzurowano”- Ilustracja 8) prowadziliśmy z rodzinami korespondencję nieocenzurowaną, przekazywaną w czasie widzeń z ręki do ręki pod stołem. Listów przesyłanych pocztą unikaliśmy również z innych powodów: otrzymywaliśmy je z reguły z dużym opóźnieniem. Jeden z listów od Matki wysłany 29.09.1982 dotarł do mnie (za pośrednictwem IPN) dopiero po 21 latach, 23.10.2003 r.
  12. Gryps to w gwarze więziennej list napisany maczkiem na małym kawałku papieru (przez co łatwy do ukrycia), wyniesiony z więzienia w ukryciu np. przez osobę odwiedzającą.
  13. Prymus to łacińska wersja więziennego pseudonimu Henryka Sztaby. Okoliczności powstania tego pseudonimu można znaleźć w Zapiskach z 21.IX.
  14. Zasady tej numeracji zostały podane w Zapiskach z 22.IX i z 27.X.
  15. W kalendarzyku na rok 1982 moja żona pod datą 30.VIII zapisała: „Malowanie mieszkania. Wyszło b. dobrze. W mieście dużo wojska, armatki wodne, skoty. Ludowa władza przygotowała się do uczczenia II rocznicy powstania „Solidarności”. Ubecy u nas – rewizja – St. na przesłuchanie – nie wraca”.
  16. Przy ul. Północnej w Lublinie mieścił się Areszt Tymczasowy Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej.
  17. Wówczas po raz pierwszy (I ostatni) w życiu jadłem twaróg serwowany wielką warząchwią bezpośrednio na nierzadko brudną dłoń konsumentów.
  18. W kalendarzyku mojej żony pod datą 31.VIII widnieje zapis: “St.j. jedzie do Lublina dowiedzieć się o ojca, bo został tam wczoraj zabrany. Internowany! Msza św. - jestem nią zdegustowana.” Bliższe okoliczności internowania autora są podane w Zapiskach pod datą 22.IX.
  19. 1.IX moja żona zapisała w kalendarzyku: “Dzwoni Ubek z potwierdzeniem wczorajszej wiadomości, że St. internowany. Jadę z Tadziem [Skibą] do Lublina do KWMO ,ale niczego się nie dowiedziałam. Podaję St. paczkę z żywnością, bielizną i przyborami toaletowymi. Dostaję od klawisza 2 talony żywnościowe.”
  20. Otrzymane gazety to “Trybuna Ludu”, “Sztandar Ludu” i “Sztandar Młodych” - ostentacyjnie nie czytamy ich.
  21. W ocenzurowanym liście do żony i synów datowanym 1.09.82 napisałem: „Na pewno już wiecie, że zaproszenie na rozmowę do KM MO równało się zaproszeniu do internowania. Po nocy na dołku na Północnej, od wczorajszego ranka siedzę z p. Sztabą na Zemborzyckiej i specjalnie jak dotąd nie narzekam. Minusy to zamknięte cele, zapowiedź zawieszenia odwiedzin, co wobec braku podstawowych przedmiotów osobistego użytku (grzebień, szczotka i pasta do zębów, skarpety, papierosy itp.) jest szczególnie nieprzyjemne. Mamy za to dobre towarzystwo, książki (jakie takie) i dużo wolnego czasu. Nie sądzę żebyście mogli mi w czymś pomóc a na pewno nie pomożecie mi zamartwianiem się. Potraktujmy to jako dłuższą podróż służbową – tak będzie najlepiej. Jeśli uruchomią instytucję odwiedzin, a będziemy jeszcze w Lublinie z radością Was przywitam. Jeśli pojedziemy dalej b. proszę – nie przesadzajcie z wizytami – to drogie i kłopotliwe a dowodów przywiązania po 25 latach nie musimy sobie dawać. Jeśli będzie można przysłać paczkę dokładnie omów jej zawartość z fachowcami. Najważniejsze to szczotka do zębów, papierosy, jakiś zeszyt, długopis, może trochę smalcu. W tej chwili jesteśmy na prowizorce: po prostu sobie siedzimy. Co dalej ma się zdecydować w ciągu kilku następnych dni. Jedzenie paskudne, ale to nie niespodzianka i ostatecznie to mi nie dokucza. Gorzej z brakiem świeżego powietrza i poczuciem izolacji, ale do tego podobno można przywyknąć. Ogólne wrażenie: nie jest źle. Humory nam dopisują mimo że towarzystwo – podobnie jak ja – zostało internowaniem zupełnie zaskoczone. Co dalej – pokaże przyszłość. Jeszcze jedno życiowe doświadczenie nie zawadzi. Bądź w kontakcie z p. Sztabową – siedzimy razem. To tyle na dzisiaj bo prawdę mówiąc nie ma o czym pisać: jemy, śpimy, czytamy, rozmawiamy i to wszystko. Trzymajcie się i nie traćcie optymizmu.”
  22. Talony na paczki otrzymaliśmy jeszcze tego samego dnia (Ilustracja 1).
  23. Za kryptonimem “Z” w tym miejscu i dalej ukrywa się żona autora, Zdzisława Głażewska.
  24. Pod datą 6.IX w kalendarzyku mojej żony widnieje zapis: “Wiadomość o wywiezieniu St. do Hrubieszowa okazuje się nieprawdziwa.
  25. Znacznie później dowiedzieliśmy się, że mimo odwołania wiecu na Placu Litewskim przez Komitet Założycielski KK”S” Regionu Środkowo-Wschodniego pod wpływem „Słowa Biskupów Polskich z Jasnej Góry” (Załącznik 2) zamieszki w Lublinie były bardzo gwałtowne.
  26. W ocenzurowanym liście do żony, datowanym 6.IX. Napisałem: „Podziwiam Cię, że tak szybko mnie odnalazłaś i dziękuję za dowody pamięci. Nasze życie jest b. ubogie: czytanie, rozmowy, jedzenie i to wszystko. Najprzykrzejszy jest fakt, że nie mamy możliwości gotować herbaty i nie najlepsze są prognozy na przyszłość. Pamiętaj o papierosach – tu nigdy ich za dużo bo niemal wszyscy zostali internowani w pracy – niespodziewanie i bez przygotowania, a tu nie ma gdzie kupić bez bonów.” Powody internowania są dla mnie nadal zagadką – oficjalnie chodzi o niezaprzestanie działalności w Związku, ale co to znaczy – jeden Bóg wie. Może Ty wiesz coś więcej?
  27. 7.IX moja żona notuje w swoim kalendarzyku: “Widzenie z St. - 1,10 godz. Dobrze się trzyma I dobrze wygląda.”
  28. Był to pomysł Pierwszego, nic z niego jednak nie wyszło.
  29. Te niecenzurowane wiadomości o wydarzeniach 31.VIII pochodziły już oczywiście z Radia Wolna Europa, ale z obawy przed wpadnięciem rękopisu w niepowołane ręce nie mogłem tego napisać otwarcie.
  30. Przez tę bramę widać było raptem jedno rachityczne drzewko i skrawek nieużytku porośniętego chwastami, ale była to jednak najprawdziwsza wolność. Później nieraz jeszcze te cuda podziwialiśmy.
  31. Informacja nieprecyzyjna. Nie wiadomo, czy paczkę otrzymał H[enryk Sztaba], czy III (Andrzej Zaranek) czy każdy z nich, ale wyżerka była.
  32. Mowa o wojnie polsko-jaruzelskiej; była to 9-ta “miesięcznica”, a nie rocznica.
  33. “Maryśka” w tym miejscu i wszędzie dalej to popularna w więzieniu nazwa margaryny.
  34. Od chwili aresztowania żaden z nas się nie goli. Motywy tej decyzji najlepiej sformułował w swoich „Pamiętnikach i wspomnieniach internowanego (Lublin, 1996) nasz poprzednik, Bronisław Wardawy pisząc: internowani z zasady nie golili się, początkowo z braku przyborów do golenia, potem przyjęliśmy jako formę protestu chodzenie z niegoloną brodą. Ogoliłem się dopiero w czerwcu, kiedy to stałem się podobny do Marksa z powodu długości brody, a na to nie mogłem sobie pozwolić. Niektórzy z kolegów chodzą z brodami do dziś, manifestując w ten sposób swój pobyt w więzieniu.
  35. Później okazało się, że buntują się żołnierze z poboru zmuszani do służby nadterminowej. Wprowadzenie w PRL stanu wojennego osłaniali bowiem wyłącznie żołnierze starszych roczników, którzy odbywając w latach 1980-1981 służbę zasadniczą nigdy nie byli poddani wpływom Ruchu “Solidarność”.
  36. Tego samego dnia (14.IX) napisałem do żony list, który – w razie braku osobistego kontaktu z adresatką – zamierzałem przekazać przez żonę któregoś ze szczęśliwszych kolegów:

    Nie wiem, czy się dzisiaj zobaczymy, więc piszę kilka słów.

    Nie troszcz się o jedzenie – mamy go dosyć. O mnie też nie masz się co martwić – wytrzymam nawet kilka miesięcy. Koniecznie musimy sobie jednak zorganizować czas z jakim takim pożytkiem. Stąd zapotrzebowanie na odwrocie. Trzeba z tym b. ostrożnie, tylko z rączki do rączki i nie wszystko naraz. Poradź się zresztą bardziej doświadczonych.

    Proszę, oddaj p. Basi Rene pożyczoną Kobietę i Życie i przeproś ją za zwłokę. Pozdrów wszystkich z Zakładu i przyjaciół.

    Przesyłam nasiona cisa przeznaczone na aleję pamiątkową przy kościele. Spytaj Jana kiedy i jak je wysiać i przekaż nasiona z instrukcją p. Ani. Niech wysieje je pojedynczo w doniczkach i pilnuje. Ponieważ mogą być kłopoty z kontaktami powinnaś nawiązać kontakt z kimś z Lublina. Proponuję żonę mojego towarzysza z celi, p. Małgorzatę Zaranek. Lublin, ul. Elektryczna 61/32 (Osiedle Maki – wieżowiec). Z Lublina jest 9-ciu więc co tydzień ktoś będzie i może jej wiadomości ode mnie przekazać. Ona mogłaby przekazać Ci telefonicznie pozdrowienia ode mnie i w ten sposób wiedziałabyś, że coś dla Ciebie jest. Zresztą nie przejmuj się tym za bardzo i staraj się żyć normalnie, tak jakbym wyjechał służbowo. Tak będzie najlepiej.

    Wygląda na to, że posiedzimy kilka miesięcy. Przesłuchań żadnych nie było, ale ośrodek ma być utrzymany. Dobre i to , bo blisko i warunki nie najgorsze.

    Może spotkamy się tu wszyscy razem Puławiacy ze starego i nowego portfela.

    Bardzo chciałbym miewać od czasu do czasu informacje o Tobie, chłopakach, Instytucie, Puławach itp. Może biuletyny?

    Podziękuj znajomym za pamięć a osobliwie p. Wróblowej, Ali Skibowej i innym. Nie przysyłaj mi wędlin ani smakołyków typu cukierki itp. Smalcu mamy na 2 miesiące. Herbaty na razie też. Musicie myśleć o sobie. Tu jest kołchoz i głód nam nie grozi. Prędzej już Wam. I na miłość Boską nie wydawaj na mnie pieniędzy – pamiętaj o tym, że będzie coraz gorzej, więc forsa się przyda. Nie wolno Ci teraz wydać na mnie więcej niż 500 zł. miesięcznie, głównie na papierosy, może trochę owoców, dżem, sok i to wszystko. Piszę na kolanie więc chaotycznie. Załączam płody mojego intelektu – jeśli się nadają, to wykorzystajcie.

    Zapotrzebowanie
    1. Dres – ten mój stary i flanelowa koszula
    2. Zeszyt gruby lub papier
    3. Flamastry (są na moim biurko w pracy lub w szufladzie)
    4. Papier higieniczny
    5. Kilka kawałków gumoleum albo miękkiego PCV
    6. Klej
    7. Czarna tasiemka ok. 2 m
    8. Pędzelki i brokat w pyle (od pani Sztaba)
    9. Ostry scyzoryk – najlepiej okulizak, skalpel, nóż, widelec
    10. Kalka ołówkowa
    11. Nożyczki proste – plastikowe z wkładką metalową
    12. Gumki kreślarskie – duże
    13. Tusz czerwony

    Oprócz dresu, zeszytu, noża i widelca wszystko inne do więzienia w czasie widzenia i na raty.

    Wspomniane w powyższym tekście „płody mojego intelektu”, które obiecałem załączyć do listu, to artykuły, które regularnie pisałem do prasy podziemnej. Żona na moją prośbę przekazywała je jednemu z naszych kolegów z konspiracji, a ten – nie mając kontaktu z aktualną redakcją puławskiego biuletynu (redakcje zmieniały się co kilka tygodni) – przechował je do mojego wyjścia z Ośrodka Odosobnienia a potem mi je oddał. W ten sposób koło się zamknęło pracując cały czas na jałowym biegu. Te nigdy nie wykorzystane artykuły doskonale oddają stan naszej wiedzy o sytuacji w kraju, jak również nasze ówczesne poglądy i emocje. Dlatego też ich treść przytaczam w całości w Załączniku 5.
  37. Z wykonania sitodrukowej matrycy do tej winiety , podobnie jak i z wielu innych zaplanowanych przedsięwzięć, nic w końcu nie wyszło, gdyż zabrakło nam cierpliwości do mozolnego wykłuwania igłą w kawałku folii polietylenowej dosyć skomplikowanego wzoru.
  38. Rozkład dnia spisany na oddzielnym arkuszu papieru był załącznikiem do listu adresowanego do 9-letniego syna Łukasza. (Przypis do Zapisków z 19.IX.82.)
  39. Kalifaktor to więzień funkcyjny roznoszący posiłki. Ta funkcja, której oznaką jest wielka, biała kucharska czapa, jest w więzieniu bardzo pożądana, bo kalifaktor nigdy głodny nie chodzi a poza tym może się kontaktować z więźniami osadzonymi w różnych celach dzięki czemu to właśnie kalifaktorzy kolportują wiadomości i ostrzeżenia, uprawiają handel zamienny itp.
  40. Z mszy nadawanej przez radio mogliśmy skorzystać na spacerniaku dzięki temu, że więźniowie z Pawilonu 4 słuchali jej przy otwartych oknach a kołchoźniki nastawiali na maksymalną głośność.
  41. W liście wysłanym 19.IX. do 9-letniego syna, Łukasza: „Tymczasem siedzimy sobie na państwowym wikcie i opierunku i nikt nie zdradza żadnego zainteresowania nami. Żadnych rozmów, żadnych przesłuchań i żadnych wiadomości od naszych „ojców chrzestnych” z SB. Klawisze trafili nam się całkiem udani: nauczyliśmy ich już grzeczności; ich edukację zaczęli już zresztą nasi poprzednicy. Są mili i uczynni. Nie można na nich narzekać. Zresztą nie mają z nami najmniejszego kłopotu więc i krzywdy nie mają z powodu pilnowania nas a nie kryminalistów. Jedynym mankamentem są kraty w oknie i drzwi pozamykane przez większość dnia”. I dalej: „Narysowałem dla Ciebie plan naszego pawilonu i spacerniaka żebyś wiedział na jakim terenie spędzamy dnie i noce według załączonego rozkładu dnia”. (Wymienione w liście rysunki widnieją na Ilustracjach 2-5).
  42. Tego samego dnia, 20.IX. w nieocenzurowanym liście moja żona donosiła: „U nas wszystko w porządku, jakkolwiek jestem „do tyłu” - jak zwykle zresztą – z domowymi pracami; o zawodowych nawet nie mówię. Chyba mnie w końcu zwolnią z pracy. Dzwoniłam dziś do p. Z[aranek] i mam się z nią jutro spotkać. Mam nadzieję przesłać przez nią listy i maszynkę elektryczną, którą pożyczyła Ci Hania Cz[ekaj]. Wszyscy tu dla nas b. mili i stale nas ktoś odwiedza, ale przez to jestem właśnie „do tyłu”. Na ślubie Z[biniewicza] nie byłam. Przesłałam tylko Twoje życzenia i swoje. Relację zdała mi Marysia S[zewczyk]. Z Puław było 6 osób. W U.S.C. wszystko odbyło się w tempie piorunującym, a potem „weselnicy” poszli z kwiatami do św. Anny, gdzie przy kwietnym krzyżu zostali powitani brawami i serdecznymi życzeniami. Marysia twierdzi, że z całej ceremonii na pewno nowożeńcom zostanie to właśnie w pamięci. Irek [Ostrokólski] ma przedłużony urlop do końca września i to tak bez niczego. Polek [Berbeć] został puszczony i dziś właśnie pojechał do Załęża rozliczyć się. Staś zdaje się załatwił wreszcie swoje wszystkie sprawy związane ze studiami. Dziekan podobno ma zająć się tym, by nie usunęli go z uczelni, bo u rektora jest lista studentów, którzy „narazili się” WRONie przez sprawy sądowe albo kolegia i właśnie z tego powodu mają być relegowani, ale może nie będzie tak źle. Ciekawa jestem czy byłeś już na „rozmowie” i właściwie kiedy Was puszczą. Czekamy! A tymczasem przesyłam pozdrowienia od wszystkich bliższych i dalszych znajomych, których dla bezpieczeństwa nie wymieniam. P. A[nna] M[ałagocka] pisała do MSW żeby jej mężowi dali urlop, ale nie użyła ani razu słowa „proszę”. Cwaniara”. Ozdobne zaproszenie na wspomniany przez żonę ślub Włodzimierza Zbiniewicza przedstawiłem w Załączniku 6
  43. Biblioteka Zakładu Karnego przy ul. Zemborzyckiej okazała się wcale dobrze zaopatrzona, bo prowadzący ją klawisz był bibliofilem i miał z tej racji znajomości w księgarniach. Znajomości te wykorzystywał do powiększania więziennego księgozbioru Poziom czytelników natomiast daleko odstawał od poziomu księgozbioru. Znakomita większość książek miała marginesy niektórych kartek zapisane najczęściej wyznaniami i zaklęciami miłosnymi. Klawisz-bibliotekarz oświecił nas, że w ten właśnie sposób więźniowie ze sobą korespondują. Pożyczają książkę, wpisują treść listu i książkę oddają. Potem wystarczy tylko podać adresatowi numer ewidencyjny książki i numer strony, żeby mógł sobie list przeczytać i ewentualnie nań odpisać. Nawet sprytne.
  44. W tamtych czasach kolorowy telewizor był raczej rzadkością. Większość z nas miała w domach aparaty czarno-białe, więc ten więzienny cieszył się wielkim powodzeniem.
  45. Przeznaczony wyłącznie do użytku domowego pseudonim mojej żony.
  46. Łukasz to nasz najmłodszy, wówczas 9-letni syn.
  47. Moja siostra a zarazem towarzysz wielu konspiracyjnych przedsięwzięć, mieszkanka Warszawy, Elżbieta Leszczyńska.
  48. W nieocenzurowanym liście adresowanym do żony napisałem 21.IX. „Od naszego ostatniego widzenia minął już prawie tydzień. To bardzo dużo w naszych warunkach. Następne dwa wtorki będą paskudne i już zaczynam marzyć o wtorkach październikowych. Na jedno widzenie mogą przybyć 3 osoby z najbliższej rodziny (żona, rodzice, rodzeństwo) i nieograniczona liczba dzieci, byle własnych. Tyle informacji regulaminowych. Powtórzę jeszcze tylko, że gdyby mieli nas z Lublina wywieźć – tymczasem się na to nie zanosi, ale zawsze - nie chcę Cię mimo wszystko widzieć częściej niż raz w miesiącu. Twoje miejsce jest w domu i przykro byłoby mi myśleć, że poniewierasz się w nocnych pociągach i tracisz soboty i niedziele. Wolę myśleć, że spacerujecie sobie nad Wisłą lub zbieracie grzyby póki pogoda jest ładna.

    Myślę o Was dużo – właściwie stale bo i o czym mam myśleć? Towarzystwo w celi mam wyjątkowo dobre pod każdym względem. Zgadzamy się świetnie. Gorzej, jeśli wziąć pod uwagę całą 15-kę. Jest może oprócz nas trzech jeszcze 3-4, którzy działali ze świadomością celu i z sercem – reszta zaplątała się przypadkowo. Próbujemy pokierować rozmowami i dyskusjami, bo na regularne samokształcenie raczej brak chętnych.

    Uważaj na siebie jak tylko możesz. Nie angażuj się w nic trefnego i unikaj jak możesz czegokolwiek, co mogłoby Cię narażać. Na to nie możesz sobie pozwolić. To, co dostajesz ode mnie natychmiast przekazuj, najlepiej Józkowi [Gądorowi] i nie trzymaj nic w domu. Niech teraz ponarażają się inni. Mam nadzieję, że jeszcze nie ostygli, szczególnie ci najlepsi – nigdy bym im bezczynności nie wybaczył. WRONa wyraźnie się łamie – dowodzi tego choćby piłatowe wystąpienie Kiszczaka. Nie wolno poluzować ani na milimetr. Oni uznają tylko siłę, więc trzeba z nimi walczyć tą bronią. Żadnych PRONów, żadnych samorządów, i żadnej ugody na podstawie uchwał IX zjazdu. Płaszczyznę ugody ma prawo wyznaczać tylko społeczeństwo, a pryncypia socjalizmu są pryncypiami tylko dla partyjnych – nas ich uznanie nie obowiązuje.

    Trochę mi brak wiadomości z IUNG, Puław i Zachodu. Mogłabyś spisać to i owo na kartce i podać mi na widzeniu. Jeśli chodzi o sprawy przyziemne, to: ubrany jestem tak jak trzeba. Nie przywoź ani koszul ani majtek. To co mam wystarczy mi aż nadto. Koszule sobie piorę w ciepłej wodzie RFN-owskim proszkiem, majtki też. Ręczników własnych nie używam bo co tydzień dostaję czyste więzienne. Jeśli chodzi o jedzenie to nie przywoź ani mięsa, ani wędlin, ani smalcu, ani masła. Dobrze widziany jest co jakiś czas dżem.

    Z Kurii jak dotąd oprócz obrazków i medalików żadnej pomocy nie doznaliśmy, większego zainteresowania – też nie. Ksiądz, który nam odprawia mszę ogranicza się właściwie tylko do tego – raz odwiedził nas w celach, ale gadka była o d. Maryni.

    Pozdrów ode mnie przyjaciół i znajomych, których dla bezpieczeństwa nie wymieniam i jeszcze raz proszę, a nawet rozkazuję: uważaj na siebie!” Dalej omawiam nasze sprawy prywatne kończąc następującą prognozą: „...za dwa lata może już nie być PRL-u, a jak pójdzie gorzej – może nie być Uniwersytetu Warszawskiego” i powracam do dnia powszedniego: „Pamiętaj tylko, żebyś nie wydawała na mnie ani grosza ponadto, co niezbędne. Pod żadnym pozorem cukru, kawy, czy cukierków, wędlin, puszek itp. Wiem, ze to byłoby Waszym kosztem, a ja tego nie chcę. Wiem, że nie dostajesz moich kartek żywnościowych więc tym bardziej. Tu w kantynie mogę dostać 24 paczki papierosów miesięcznie bez kartek i będę je kupował. Jeśli chodzi o resztę – liczę na Ciebie jak również na kompletowanie zapasów papierosów na czas po wypuszczeniu . Domagamy się, aby kantyna zaopatrywała nas w 11/2 kg cukru miesięcznie oraz w herbatę i to, co należy się na kartki. Nie wiemy, czy nasze żądania uwzględnią – jeśli nie zaraz bym Ci doniósł. Na razie mamy duży zapas cukru i herbaty. Smalcu na pół roku, masła na razie też. Kończą się nam jabłka i pomidory, ale w kantynie na wypiskę mają być to sobie kupimy.. Największą radość sprawia nam tu ciasto. Zbieramy nawet margarynę, żeby Wam było łatwiej coś zrobić ale i z tym nie szalej bo oprócz margaryny potrzebny jest przecież do ciasta cukier itp. Placek kruchy z marmoladą – delicje. Jeśli w kościele jest jeszcze mleko w proszku to mogliby nam trochę dać, jest tu na nie dużo amatorów. Mile powitalibyśmy również słoik musztardy. Ale to wszystko są już fanaberie. Tak naprawdę nie głodujemy, a nawet się obżeramy. Cierpi na tym atmosfera celi i nasze sylwetki”. I dalej: „ I jeszcze prośba: zasugeruj p. Kucharskiemu, że żonie internowanego A. Zaranka z DOKP Lublin potrzebna jest pomoc w postaci opieki nad dzieckiem. Ona jest nauczycielką muzyki i ma zajęcia również po południu – a dziecko zostaje samo”.
  49. “Fortepian” to potoczne nazwa budynku mieszkalnego usytuowanego tuż za murem więziennym. Zamieszkiwali go klawisze i stąd nazwa.
  50. Chodzi oczywiście o doktrynę marksistowsko-leninowską.
  51. Dosyć liczni internowani wyznający taki pogląd winą za stan wojenny i swoją odsiadkę obarczali nie WRONę, ale „ekstremę Solidarności”, która według nich dążyła do obalenia ustroju.
  52. “Trybunę Ludu”– organ KC PZPR.
  53. Czaj jest to mocny napar z herbaty o właściwościach halucynogennych i z tej racji nałogowo spożywany przez więźniów. Oto przepis na czaj: pełną szufladkę pudełka od zapałek herbaty (najlepiej Ulung) należy zalać szklanką wrzątku (można zagotować) i parzyć przez 5 minut. Czaj piło się w specjalnych naczyniach zwanych bajzelkami, które składały się ze słoika od dżemu z dorobionym drucianym uchwytem. Raz zdarzyło nam się z takim czajem poeksperymentować, ale szybko przeszła nam ochota na ponowienie próby.
  54. Tzn. w swoje własne cywilne ubrania.
  55. KM MO = Komenda Miejska Milicji Obywatelskiej; KW MO = Komenda Wojewódzka Milicji Obywatelskiej.
  56. Czerwoną farbą malowało się wówczas na murach nazwę naszego Związku: “Solidarność”.
  57. W Lublinie przy ul. Północnej mieścił się Areszt Tymczasowy KW MO.
  58. “Ścieżka zdrowia” to kilkudziesięciu funkcjonariuszy wyposażonych w pałki i ustawionych w dwóch rzędach. Delikwent poddawany kuracji zdrowotnej musi przebiec między tymi szeregami tak szybko, jak potrafi. Funkcjonariusze też pewnie dla zdrowia machają pałami tak szybko jak potrafią.
  59. Maszynka elektryczna do gotowania była darem Hanki Czekaj, pracownicy puławskiego Instytutu Weterynarii i redaktorki Biuletynu Informacyjnego “Solidarność Ziemi Puławskiej”, internowanej na początku stanu wojennego w Gołdapi i po kilku miesiącach zwolnionej.
  60. W liście do najstarszego syna, 21-letniego Stanisława 22.IX. napisałem: “Swoich obecnych wrażeń nie muszę ci opisywać, bo znasz je z autopsji. Wprawdzie nasz regulamin jest łagodniejszy od twojego sprzed pół roku, ale na tyle podobny, że możemy rozmawiać jak równy z równym. Sceneria zresztą też ta sama. Wysypiam się jak nigdy. Dużo czytam – ostatnio Gibbona “Zmierzch cesarstwa rzymskiego” - polecam. Biblioteka tu wyjątkowo dobrze zaopatrzona, nawet w białe kruki. Korzystam z tego całą gębą. Reszta czasu idzie na rozmowy, spacer, prace porządkowe, rzadko na telewizję a częściej na grę w karty. Wyżywienie standardowe – znasz sam, ale głodu nie czujemy dzięki waszej opiece. Gorzej ze spacerem: ta godzinka dziennie to stanowczo za mało. Inaczej załatwić się nie da, bo ze spacerniaka korzysta ponad setka osób w małych grupach, więc jest zajęty od rana do wieczora. Poza tą godziną słońca nie widzimy, bo okno celi wychodzi akurat na północ.
  61. Mowa o tzw. “krzyżu strajkowym”, który był umocowany na bramie Zakładów Azotowych przez cały okres strajku w grudniu 1981 r. Po zakończeniu strajku krzyż został uroczyście przeniesiony do kościoła WNMP (na górce), gdzie Henryk Sztaba organizował pod nim manifestacje patriotyczne. Krzyż ten mimo internowania Henryka Sztaby był głównym akcentem wrześniowej pielgrzymki do Wąwolnicy, co dało asumpt powiedzeniu: „Sztaba siedzi a krzyż idzie”.
  62. Informacja nieprecyzyjna; liczba osób przebywających w ośrodkach odosobnienia dla internowanych liczono w owym czasie jeszcze w tysiącach (przypis do Zapisków z 7.X.82 r.)
  63. Ostatecznie ze spaceru z Pierwszym Sekretarzem zrezygnowałem z pobudek humanitarnych, ale zabawy i tak było co niemiara.
  64. Nasz syn , Stanisław Głażewski, student Uniwersytetu Warszawskiego razem z dwoma kolegami Grzegorzem Nakoniecznym z Uniwersytetu Warszawskiego i Jakubem Skibę z KUL, przebywał przez kilka miesięcy na oddziale śledczym Zakładu Karnego w Lublinie, oskarżony o narażenie na szwank obronności PRL przez powieszenie dwóch ulotek. Od lutego cała trójka była już na wolności, bo wyroki (1,5-2.0 lata więzienia) zapadły w zawieszeniu.
  65. Edward Owczarski, Zbigniew Szczygieł i Teresa Miłczak przed 13.XII.82 byli członkami Zarządu Oddziału NSZZ “Solidarność” Ziemia Puławska; w stanie wojennym aktywnie uczestniczyli w działaniach puławskiego podziemia solidarnościowego. W chwili, kiedy ich obserwowaliśmy cała trójka miała już na koncie wyroki: E. Owczarski i Z. Szczygieł po 1,5 roku więzienia, T. Miłczak – 0,5 roku.
  66. Tzn. w Pałacu Mostowskich, siedzibie Stołecznej Komendy Milicji Obywatelskiej.
  67. Bogdan Szewczyk był czołowym puławskim opozycjonistą, współorganizatorem środowiska “Zachta” i podziemnego wydawnictwa “Familia”; jego syn Mariusz był aktywnym członkiem NZS na KUL.
  68. Michał Strzemski, pracownik IUNG był czołowym puławskim historykiem-amatorem.
  69. Nieocenzurowany list od żony z 27.IX. był poświęcony sprawom bardziej przyziemnym: „ Dzięki uprzejmości Pani Sz[taby] przesyłam Ci małą paczuszkę. Większą przywieziemy z Łukaszem w przyszłym tygodniu. Mamy nadzieję, że jeszcze będziesz w Lublinie. Niestety telefonicznie nic nie udało mi się dowiedzieć w KW MO. Powiedziano mi, że nie udziela się tą drogą informacji, tylko osobiście, a jak byłam tam na samym początku w ogóle nie chciano ze mną gadać. Zdecydowałam się iść do KW MO po informacje, choćby dlatego, by nie myśleli, że nawet rodzina jest zastraszona i nie interesuje się Tobą”. I dalej: „Ludzie są b. mili i uczynni. Mąż Twojej koleżanki z pokoju [Karol Krawczyk] przydźwigał mi wczoraj pełno jabłek, gruszek i winogron, Marysia Sz[ewczyk] – gruszek, p. Edek [Szelęźniak} od Was mąkę i jajka na placek „dla p. Stasia, bo zauważył, że b. lubi” i wiadro śliwek. Pan E[dward Szelęźniak] dostarczył mi dwa wory ziemniaków. Jestem tym trochę speszona.”
  70. “Opiekun” puławskich Zakładów Azotowych z ramienia SB.
  71. Dziekanem w Puławach był wówczas Ks. Ryszard Gołda, wielki admirator „Solidarności”, organizator Mszy za Ojczyznę i wielu imprez patriotycznych w Parafii WNMP w Puławach (na górce).
  72. Tekst Komunikatu ze 187 Konferencji Episkopatu zamieściłem w Załączniku 8.
  73. Chodzi o rozliczenie pościeli, książek z biblioteki i przedmiotów wyfasowanych z więziennego magazynu.
  74. Ten niewątpliwie grafomański, ale dobrze świadczący o orientacji kryminalistów odsiadujących wyroki we Wronkach w 1959 r. w zawiłościach historii Polski zapisałem w trakcie wielokrotnego wykonywania go przez więziennego fryzjera, który w ten sposób umilał sobie i nam czas podczas strzyżenia internowanych.
  75. Była to Historia Niemiec W. Czapińskiego, A. Galosa, i W. Karty, wydana w 1981 r. przez Ossolineum. W trakcie czytania zrobiłem aż 10 stron notatek..
  76. PRON = Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego był następcą i spadkobiercą OKON = Obywatelskiego Komitetu Odrodzenia Narodowego.
  77. Halina Komsta, przed 13.XII.82 była członkiem Zarządu Oddziału NSZZ “Solidarność” Ziemia Puławska, w stanie wojennym w konspiracji.
  78. Oczywista pomyłka. Powinno być “dzisiaj będziemy jedli po raz szósty pulpety z ziemniakami”
  79. tzn. na oddział śledczy
  80. Jest to łączna liczba zrewidowanych internowanych politycznych i kryminalnych.
  81. Kabaryna, to nazwa karceru w gwarze więziennej.
  82. Maja Komorowska była współpracownikiem Prymasowskiego Komitetu Opieki przy kościele św. Marcina w Warszawie.
  83. Ze względu na możliwość dostania się rękopisu w niepowołane ręce w razie kipiszu nie mogłem w Zapiskach podać fragmentu poufnej rozmowy z komendantem Kwietniem, o której wspomniałem we wstępie.
  84. W nieocenzurowanym liście do żony, datowanym 6.X. Piszę: Uwzględniając to co dostaliśmy od Was, to teraz my Wam, a nie odwrotnie powinniśmy pomagać. Weź to pod uwagę i nie szalej przy następnym widzeniu. My naprawdę nie głodujemy, a dowody Waszej troski w postaci żywności odejmowanej sobie od ust miałyby dla nas gorzki smak”. I dalej: “Mam za sobą okres nowicjatu i adaptacji do zupełnie nowych warunków życia; czas wziąć się za coś pożytecznego. Postanowiłem wystąpić z prośbą do komendanta o umożliwienie mi pracy zawodowej. Myślę, że gdybym miał te materiały w kącie za drzwiami i kilka książek, których spis Ci przedstawię, mógłbym uporządkować wreszcie te wyniki, które czekają na to od 12 lat. Tu są po temu zupełnie znośne warunki. Martwi mnie, że stracę cały rok doświadczeń. Jeśli mogłabyś poświęcić moim sprawom trochę z Twojego czasu, mógłbym sterować doświadczeniami zdalnie. Jesteś jedyną osobą jako tako zorientowaną w moim programie badań i gdybyś się zgodziła moglibyśmy popróbować. Na wszelki wypadek przygotowałem schematy dwóch doświadczeń, o których realizację moglibyśmy się pokusić.”
  85. Zenon Wysokiński wybierając się z delegacją Solidarności Rolników Indywidualnych na Jasną Górę zamówił w kwiaciarni w Łęcznej wieniec z szarfami, na których miała być wymieniona surowo zakazana nazwa „Solidarność”. Zakapowany przez kogoś z personelu kwiaciarni zdołał dojechać tylko do dworca kolejowego w Lublinie skąd przewieziono go prosto do aresztu na Północnej. Ze względu na jego zawód Jasiek Stepek nazwał go Jeometrą. Jeometra utrzymuje rodzinę uprawiając warzywa pod folią. Był bardzo zaniepokojony, czy żona poradzi sobie sama z domem, dziećmi i trzema foliówkami pełnymi pomidorów. Później okazało się, że doskonale sobie ze wszystkim poradziła.
  86. Od pierwszego dnia pobytu w Ośrodku Odosobnienia w Lublinie Jana Stepka, czyli od 27.IX. rewolucyjnej zmianie uległy nasze spacery przekształcając się z uciążliwego obowiązku w ucieszne, mieniące się wszystkimi kolorami tęczy widowiska wprawiające w zachwyt więźniów z Pawilonu IV a przyprawiając o ból głowy funkcjonariuszy z „Ambasady”. Główne zarysy tej reformy przedstawiłem w Załączniku 9.
  87. Mowa o Albinie Siwaku, jednym z nielicznych przedstawicieli “klasy robotniczej” w KC PZPR i kosmicznym durniu. W latach 80-tych A. Siwak był częstym bohaterem dowcipów, rysunków i satyrycznych wierszyków. Po zakończeniu kadencji w KC PZPR został ambasadorem PRL w Syrii.
  88. Trudno dociec, w której celi w rzeczywistości siedzieli internowani kryminaliści. Pod datą 9.X. piszę, że w celi nr 12, a np. pod datą 6.IX., że w celi nr 8, ale w trakcie turnusu może ich przenieśli?.
  89. Chodzi niewątpliwie o ambulatorium.
  90. Osoba, która ten placek przyniosła zostawiła go w więziennej dyżurce nie podając swego nazwiska. Pewnie jakaś cicha wielbicielka Trzeciego.
  91. Zygmunt Woźny jeden z przywódców strajku grudniowego w Zakładach Azotowych Puławy ukrywał się od 13,XII.1981 r.
  92. W czasie widzenia żona przekazała mi pod stołem datowany na 11.10.82 r. bardzo miły, pełen aluzji i wielce dla mnie pochlebny list z cennym załącznikiem od pracownika ZA, delegata na I Walne Zebranie Delegatów NSZZ”S”, Jana Skrzyniarza, który niedawno opuścił Obóz Odosobnienia dla internowanych w Załężu oraz jego żony a mojej koleżanki z pracy w IUNG Hanny:

    Drogi Panie Staszku!

    Korzystając z okazji posyłam Panu karty, które być może ułatwią może życie w internie. Są już mocno wysłużone, przeszły przez wiele rąk i widziały mury Włodawy, Załęża i Lublina. Nie można niestety dostać nowych, ale mamy nadzieję, że nie będą musiały służyć zbyt długo. W Puławach jesień w pełni zarówno w przyrodzie jak i w nastrojach. Nawet ja, zawsze umiarkowany optymista, zaczynam się trochę chwiać. Pocieszam się, że pogrzebowy nastrój minie a jesienne sztormy przyniosą znad Bałtyku i do nas trochę ożywienia. W miarę upływu czasu coraz bardziej odczuwamy brak Pańskiej osoby na arenie puławskiego życia; chciałoby się powiedzieć za poetą „dużo nas a jakby nikogo nie było...” Mam,y nadzieję, że załapie się Pan z najbliższą zapowiedzianą grupą zwolnionych, czego z całego serca Panu i sobie życzymy. Hania i Jan
  93. Buzówa to bardzo popularne w więzieniach urządzenie do gotowania wody (najczęściej na czaj). My wykonaliśmy swoją buzówę z żyletki podłączanej dwoma kawałkami izolowanego kabla do źródła prądu. W okresie gdy cele były zamknięte w praktyce wyglądało to w ten sposób, że jeden z nas stojąc na stole wykręcał żarówkę z lampy podsufitowej i do styków oprawki przykładał końcówki drutu. Drugi, stojący obok niego trzymał naczynie z wodą przeznaczoną do zagotowania (najczęściej był to słoik od dżemu); trzeci opierał się plecami o drzwi zasłaniając „lipo” przed dociekliwością klawisza. Cała operacja trwała nie dłużej niż minutę, ale można ją było przeprowadzić tylko wieczorem, po zapaleniu w pawilonie świateł. W okresie, gdy cele były otwarte buzówę można było podłączyć o każdej porze dnia do kontaktu w korytarzu.
  94. Mowa o Ireneuszu Ostrokólskim, koledze z IUNG oraz z redakcji puławskich biuletynów NSZZ “Solidarność” aktualnie internowanym w Łupkowie.
  95. Leleput to więzienna ksywka Tadzia Pałaszewskiego z 13-ki. Zawdzięcza ją misternej posturze oraz swoistemu poczuciu humoru Jasia Stepka zainspirowanego jedną ze zwrotek piosenki o przedwojennym cyrku braci Staniewskich z repertuaru Jaremy Stępowskiego:

    Albo takie Duo Nowak to był numer, że o rany!
    On na koniu galopował i w nią rzucał sztyletamy.
    Potem strzelał do niej z colta, bez patrzenia, no a ona
    Wyciągała zza dekolta leleputa, niech ja skonam.
    Tadzio bardzo swój pseudonim polubił i używał go nawet po zakończeniu okresu internowania.
  96. Tego samego dnia, 16.X. w nieocenzurowanym (a więc przesłanym drogą nieoficjalną) liście do żony pisałem: “Jak zawsze w czasie ostatniej wizyty ani nie powiedziałem C i tego wszystkiego co chciałem, ani nie dowiedziałem się tego, co powinienem wiedzieć. Refleksje przychodzą dopiero w godzinę - dwie po wizycie i człowiek obiecuje sobie, że następną rozmowę przeprowadzi już z kartką w ręku. Na moje odwołanie od decyzji o internowaniu dostałem odpowiedź negatywną. Na dobrą sprawę nadal nie mogę odgadnąć prawdziwych motywów mojego internowania. Inni też zresztą nie mogą. Nastrój u nas nadal dobry – nawet przypuszczenie o szybkim wyjeździe z Lublina nie potrafiło go całkowicie pogorszyć. W każdym razie nadrabiamy miną.”, a w liście do syna, 21-letniego Stanisława: „Mój pobyt w internacie – niekoniecznie zresztą w Lublinie – raczej się przeciągnie, może nawet do wiosny. Znosiłbym to znacznie lepiej gdybym wiedział, że w domu wszystko układa się dobrze. Wadą pobytu za kratkami jest to, że człowiek ma stanowczo zbyt dużo czasu do myślenia. Robię co mogę, żeby go zapełnić:czytam, gram w karty czy w pingponga, a także porównuję Twoje doświadczenia z własnymi, ale mimo wszystko przychodzi wieczór i różne myśli kotłują się w głowie czasem do rana. Zwłaszcza te przykre”.
  97. Uzupełnieniem Zapisków z 19.X. jest następujący fragment nieocenzurowanego listu, który tegoż dnia napisałem do 16-letniego syna Krzysztofa: ...tutaj się dużo o różnych sprawach myśli a oddalenie i brak kontaktów z wami całkowicie zmieniają perspektywę i hierarchię wartości różnych spraw. Niemały na to wpływ ma poczucie jałowości naszego życia. Przecież od 1,5 miesiąca nie robimy nic oprócz spania, jedzenia, sprzątania (bez przesady), pingponga, czytania, chodzenia w kółko dookoła fontanny, gry w karty i rozmów najczęściej o niczym. To o wiele za mało, żeby mogło wypełnić życie i stworzyć choćby złudzenie, że nie marnujemy czasu. Próbowałem uzyskać pozwolenie na pracę zawodową i uzyskałem je, ale wobec przewidywanej zmiany miejsca internowania i z tego nic nie wyszło. Moje życie więc chwilowo jest całkowicie jałowe, nie przynosi ono korzyści (nie mówiąc już o przyjemności) ani mnie, ani nikomu innemu, a stan ten może jeszcze potrwać. Dziś zrobiłem małe pranie, wygrałem jeden i przegrałem jeden mecz w pingponga, przeczytałem wystąpienia niektórych posłów na ostatniej sesji Sejmu w Monitorze Sejmowym i to już wszystko. W tej chwili koledzy oglądają mecz pucharowy Śląsk - Servette, ale ja już od dawna unikam TV. Wziąłem się więc do korespondencji. Nie znaczy to jednak, że jesteśmy załamani czy zagubieni. Nic z tych rzeczy. Po prostu męczy nas myśl, że życie przecieka nam między palcami bez żadnego pożytku, a dziś mija już 52 dzień naszego internowania. To kawał czasu. Przypomniało mi się jedno niecodzienne zdarzenie z dzisiejszej nocy. Otóż kot zaatakował naszą kiełbasę wiszącą na kracie w oknie. Narobił przy tym trochę hałasu, więc wspólnymi siłami odpędziliśmy zbira ratując naszą własność. Tyle aktualności.
  98. Oczywisty błąd. Powinno być “13 grudnia 81”
  99. Znów oczywisty błąd. Powinno być “12.XII.81”.
  100. Krzysztof Małagocki, pracownik Lubelskich Zakładów Futrzarskich w Kurowie, przed 13 grudnia redaktor i ilustrator Biuletynu Informacyjnego “Solidarność Ziemi Puławskiej”, internowany 13.XII.81 r.
  101. Zdzisław Wiśniewski , pracownik Zakładów Azotowych w Puławach internowany od 13.XII.81 r.
  102. Janusz Łodyga, pracownik Zakładów Azotowych Puławy, przed 13.XII.81 r. wiceprzewodniczący Zarządu Oddziału NSZZ „Solidarność” Ziemia Puławska, internowany w styczniu 1982 r., przebywał najpierw w Lublinie a następnie w Kwidzynie.
  103. Tego samego dnia, 26.X. Pisałem do 16-letniego syna Krzysztofa: “Wyobraź sobie, że na starość zacząłem uprawiać grę w pingponga. Podstawy opanowałem już w drugim tygodniu internowania, głównie dzięki namowom, a nawet presji p. Henryka Sztaby. W ciągu dalszych 4 tygodni, z uporem ćwicząc po kilka godzin dziennie, doszedłem do tego, że mogę się bez wstydu spotkać z niemal każdym kolegą. Zdarza mi się nawet wygrać. Najbardziej jestem jednak dumny z tego, że po zbiciu okularów nie zaprzestałem grać ani na jeden dzień. Z początku szło jak z kamienia, bo nie widziałem piłeczki. Teraz kierując się więcej słuchem i instynktem niż wzrokiem, gram bez okularów niemal równie dobrze jak poprzednio. Po tym doświadczeniu nikt mi nie powie, że uporem i konsekwencją nie można osiągnąć niemal wszystkiego. Trzeba tylko chcieć i nie zrażać się trudnościami. Pozdrów ode mnie wszystkich przyjaciół zaczynając od p. Henryka, mojego mistrza w trudnej sztuce pingponga. Powiedz mu, że głównie z myślą o nim macham rakietką z niesłychanym wdziękiem, i że na pewno byłby zadowolony z postępów, jakie zrobiłem. Wyzywam go na mecz gdy tylko wyjdę, ale uprzedzam: będę bez litości!”
  104. Ten malarz-kryminalista o nieznanym mi niestety nazwisku nie tylko przyniósł nam akwarelki, ale pozwolił mi przypatrywać się jak maluje, a następnie pozwolił mi nawet samemu popróbować. Pierwszą w życiu (i zapewne ostatnią) namalowaną przeze mnie pod jego kuratelą akwarelkę prezentuję w Załączniku 11 razem z podarowanym mi obrazkiem olejnym i odwrotną stroną własnoręcznie wykonanego lusterka z autografami internowanych.
  105. Niemal w każdym Ośrodku Odosobnienia dla internowanych byli tacy, którzy potrafili stworzyć w grupie dobry nastrój. Np. w Załężu taką funkcję pełnił Jan Skrzyniarz z ZA Puławy, ps. “Pakarz” Pisał o tym w grypsie z 6.VI.82 r. Irek Ostrokólski: “W zasadzie trzymamy się dobrze, a jak któryś w dołek wpadnie, to go Pakarz za uszy wyciąga.”
  106. Tego samego dnia, 30.X. Mój syn Stanisław, student UW zagrożony wydaleniem z uczelni z powodów politycznych, napisał do mnie uspakajający list donosząc m.im:
    ...jestem formalnie na roku drugim (w tym semestrze jeszcze na urlopie), a niejako awansem „robię” rok trzeci. Taki układ jest bardzo korzystny. Studia mogę skończyć w ciągu 5 v 6 lat – ja o tym decyduję. Przyznano mi indywidualny tok studiów i zaakceptowano program (mój). Zamieniłem fizjologię roślin, mikrobiologię, wirusologię na: historię filozofii nowożytnej, współczesne kierunki filozoficzne, anatomię i farmakologię. Mam przy tym wolną rękę jeśli chodzi o zmiany do końca studiów. W ten sposób będę miał dyplom z biologii, ale wykształcenie, jak mniemam, o wiele szersze i co ważne bez nudy./.../

    W Nenckim [t.zn. w Instytucie im. Nenckiego] uruchomiliśmy aparaturę i już są pierwsze wyniki. Odpowiedzi z jądra migdałowatego już nadają się do analizy. Wcześniej były takie szumy, że nie można było wykroić odpowiedzi poszczególnych neuronów z tła. Czasami zresztą myślę, że tego typu doświadczenia w ogóle nie nadają się do opracowywania, ze względu na olbrzymie błędy związane z techniką. Nie wiem też, czy elektrofizjologia zainteresuje mnie tak bardzo, że przy niej zostanę. Na razie jestem zadowolony i ryję anatomię rdzenia. Jakoś dziwnie jestem ostatnio pracowity. Prawie nie wychodzę z biblioteki. Jak sobie policzyłem te godzinki, to wyszło ich 18 na dobę. Zobaczymy ile tak wytrzymam.

    Co do komisji dyscyplinarnej to dostałem (Grzesio [Nakonieczny] też) pismo z poleceniem zgłoszenia się na rozmową z rzecznikiem tej komisji (2.XI. - wtorek) , w charakterze obwinionego, w związku z toczącym się postępowaniem wyjaśniającym. W ten sam wtorek załatwię sobie obrońcę (mam już adres). [Obrońcą tym był Lech Falandysz]. Wszyscy bardzo się tym interesują.

    Byłem ostatnio na „Wyzwoleniu” w Polskim. Wszyscy Cię poklepują. Anka [Sołtyńska – koleżanka ze studiów] robi rękawiczki.
  107. Tadeusz Skiba był I przed 13.XII.81przewodniczącym mojej macierzystej Komisji Zakładowej NSZZ”S” w IUNG; kierował tajną KZ NSZZ”S” w IUNG również w stanie wojennym.
  108. Początkowo w stosunku do funkcjonariuszy, którzy nas pilnowali używaliśmy neutralnej nazwy „:klawisz”, później – głównie pod wpływem nauk kryminalisty-malarza - przez jakiś czas posługiwaliśmy się pejoratywnym terminem „gad”; pod koniec wróciliśmy z powrotem do „klawisza”.
  109. Zdrobnienie od słowa “pierdel”, które w więziennej grypserze oznacza to samo co więzienie.
  110. Tego samego dnia, 31.X. napisałem list do Prof. Tomasza Umińskiego z Uniwersytetu Warszawskiego z podziękowaniem za opiekę nad synem Stanisławem zagrożonym wydaleniem z UW z przyczyn politycznych oraz za przesłanie mi do Ośrodka Odosobnienia ciepłych skarpet i wyrazów otuchy. W liście tym tak scharakteryzowałem nasze życie w Ośrodku:
    „O naszym życiu codziennym niewiele mam do napisania. Zna je Pan zresztą doskonale [Prof. Tomasz Umiński, przed 13.XII.81 r. członek KZ NSZZ”S” na UW był od 13.XII.81 do 10..VII internowany w Darłówku]. Specyfika Ośrodka lubelskiego polega na tym, że w 2000-osobowym pawilonie przebywa nas zaledwie piętnastu, wliczając już w tę liczbę kotka o niecenzuralnym (ze względów politycznych) imieniu, który dotrzymuje nam towarzystwa. W tych warunkach trudno zorganizować jakąś sensowną działalność, tym bardziej, że rozrzut gustów, zamiłowań, usposobień i nastrojów jest wśród nas olbrzymi. Łączą nas właściwie tylko optymizm na przyszłość i nadzieja, że ofiary jakie wszyscy ponosimy – my zresztą najmniejsze – nie pójdą na marne. Staramy się więc jedynie utrzymać jak najlepszą kondycję psychiczną, nastrój i zachowywać twarz w każdej sytuacji. I to nam się na ogół udaje.
    Wydaje się zresztą, że sytuacja w jakiej od 11 miesięcy się znajdujemy musi ulec w najbliższym czasie jakiemuś sensownemu rozwiązaniu. Nie oznacza to zresztą automatycznie polepszenia się naszych spraw, ale każda zmiana jest lepsza od dotychczasowej stagnacji.”
  111. Miało to chyba brzmieć “każdy pójdzie w swoją stronę, odwróci się do pozostałych zadem i zajmie się swoimi sprawami”. Przypuszczenie to na szczęście się nie sprawdziło. Po zwolnieniu z internowania nadal utrzymywaliśmy ze sobą przyjacielskie stosunki, odwiedzaliśmy się i korespondowali. W samym 1983 r. b. koledzy z 15-ki (rzeczywiści i honorowi) kilkakrotnie odwiedzali mnie w Puławach i ja odwiedzałem ich w Lublinie. Pamiętam również zespołową wyprawę do Łęcznej w odwiedziny u Piątego (Jeometry). Latem 1983 r. uczestniczyłem w uroczystości ślubu Janusza Krupskiego w Laskach pod Warszawą a Jaś Stepek będąc już paryskim korespondente
Czytany 98624 razy

Sponsorzy

solidarnosc

Wyszukaj

Multimedia

Statystyki

Dziś47
Wczoraj150
Wszystkich382951
Aktualnie jest 2  gości na stronie