WSPOMNIENIA ZE STANU WOJENNEGO

« poprzednie Wszystkie strony następne » (Strona 1 z 4)

W okresie Pierwszej "Solidarności" aż do grudnia 1981 roku nie angażowałam się zbytnio w działania społeczne. Nie miałam na to czasu. Praca naukowa w Instytucie Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa w Puławach, wychowywanie trzech synów i prowadzenie domu w warunkach gdy zdobycie każdego kęsa pożywienia trzeba było okupić wieloma godzinami spędzonymi w kolejkach wypełniały mi dobę bez reszty, tym bardziej ,że mój mąż zaangażowany w "Solidarność" po uszy niewiele mi pomagał.

Przez kilka dni po 13 grudnia mąż, mimo nałożonego nań aresztu domowego, uczestnicząc w organizacji solidarnościowego podziemia, w domu pojawiał się sporadycznie. Zaabsorbowana sprawami domowymi nie wiele mogłam mu w tym pomóc. Nasza sytuacja rodzinna zmieniła się diametralnie dopiero w przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia kiedy aresztowany został, wraz z dwoma kolegami, nasz najstarszy syn Stanisław. Po miesiącu spędzonym w areszcie stanęli oni przed doraźnym Sądem Wojskowym, który za rozlepienie trzech ulotek wymierzył im karę od 1,5 do 2 lat więzienia, na szczęście zawieszoną przez Sąd Najwyższy na 3 lata oraz wysoką grzywnę, którą prawdopodobnie spłacalibyśmy jeszcze przez długie lata, gdyby nie bezinteresowna pomoc wielu ludzi, dla których słowo "solidarność" nie było tylko czczym sloganem. Na wyroku w zawieszeniu wcale się jednak nie skończyło, gdyż wszechwładny, bo działający z upoważnienia WRON rzecznik dyscyplinarny Uniwersytetu Warszawskiego dr Jacek Petzel przez kilka miesięcy nękał syna groźbą usunięcia z uczelni z wilczym biletem za opuszczenie bez usprawiedliwienia zajęć, w okresie przebywania w areszcie śledczym w Lublinie. Po kilku miesiącach dzięki przychylności władz UW sprawa zakończyła się upomnieniem. Do pomyślnego zakończenia szczególnie przyczynił się Dziekan Wydziału Biologii Prof. Tomasz Umiński, który zaangażował cały swój autorytet w obroną nieznanego mu bliżej studenta i w końcu dopiął swego. Wbrew protestom rzecznika syn uzyskał status studenta objętego indywidualnym tokiem studiów i został urlopowany aż do wygaśnięcia zamieszania wokół tej sprawy.

Obok wydarzeń przykrych i przygnębiających w tamtym okresie doświadczaliśmy również momentów nadzwyczaj miłych i krzepiących. W ciągu kilku miesięcy ważenia się losów naszego syna ani przez chwilę nie byliśmy pozostawieni sami. Ze szczególną wdzięcznością wspominamy spontaniczne objawy solidarności ze strony kolegów i koleżanek z IUNG, kolegów syna z gimnazjum i z Uniwersytetu Warszawskiego, a także osób zupełnie nam nieznanych. Do Sądu Wojskowego natychmiast wpłynęły doskonałe opinie nie tylko ze szkoły i uczelni, ale również od władz Instytutu w którym obydwoje z mężem pracowaliśmy a także od sąsiadów. Pieniądze na spłatę grzywny wszystkich trzech podsądnych spontanicznie zebrali koledzy podsądnych z Uniwersytetu Warszawskiego, nasi koledzy z Instytutu oraz członkowie "Solidarności" m.in. z Zakładów Azotowych i z Lubelskich Zakładów Futrzarskich w Kurowie. Sala rozpraw Sądu Wojskowego w Lublinie była wypełniona dziesiątkami przyjaznych nam ludzi.

Kłopoty naszego syna, które bardzo oboje z mężem przeżyliśmy, późniejsze internowanie męża oraz represje jakich doświadczali nasi koledzy i ich rodziny, a w końcu śmierć ks. Jerzego Popiełuszki sprawiły, że zaczęłam coraz bardziej angażować się w działalność podziemia, uczestnicząc, zrazu sporadycznie, w druku Tygodnika Wojennego (z diapozytywów przywożonych z Warszawy), okolicznościowych ulotek i plakatów, a pod koniec 1985 r. "zgodziłam" się nawet na wieloletnie narażanie na szwank bezpieczeństwa naszej rodziny i zrezygnowałam z dużych obszarów życia prywatnego. A było to tak:

Drukarnia pojawiła się naszym mieszkaniu i zadomowiła na dłużej jesienią 1985 r., gdy mój mąż Stanisław i jego kolega Ireneusz Ostrokólski nawiązali kontakt z Redakcją Tygodnika Mazowsze i postanowili drukować to pismo w Puławach z diapozytywów przywożonych przez naszego syna, Stanisława Jr z Warszawy. Nie pamiętam, żeby pytali mnie o zdanie lub zabiegali o moją przychylność w tym względzie. Po prostu w którąś sobotę przydźwigali wielką torbę z ramkami do sitodruku, rakiel, słoik z farbą drukarską i drugi z emulsją do sporządzania matryc, rozłożyli wszystkie te akcesoria na kuchennym stole i ignorując moje nieśmiałe protesty rozpoczęli drukowanie. Dopiero wtedy dowiedziałam się od nich, że w każdy piątkowy wieczór w naszej łazience będzie ciemnia a kuchnia na całą sobotę i niedzielę zmieni się w drukarnię, chyba, że wolę ją mieć w pokoju i godzę się na usuwanie nieuniknionych plam farby z podłogi i sprzętów. Z dwojga złego wolałam kuchnię. W ten właśnie sposób rozpoczęła się nasza 5-letnia koegzystencja z nielegalną drukarnią.


Nasza rodzina składała się wówczas z pięciu osób: małżeństwa oraz trzech synów, z których najstarszy Stanisław Jr. kończył właśnie studia na Uniwersytecie Warszawskim, średni Krzysztof przygotowywał się do matury w Liceum Ogólnokształcącym im. Ks. A.J. Czartoryskiego, a najmłodszy, 12-letni Łukasz był jeszcze uczniem szkoły podstawowej. Wszyscy oni zostali zaangażowani do pomocy w zaopatrywaniu drukarni w potrzebne materiały i akcesoria a w ostatnim okresie nawet w charakterze drukarzy.

W każdy piątek wieczorem musieliśmy szybko wynosić się z łazienki, którą około 20-ej mój mąż starannie zamykał i zamieniał w ciemnię. Sporządzenie 4 matryc (z diapozytywów przywiezionych przez najstarszego syna) zajmowało mu około 4 godzin. W tym czasie żadne błagania nie mogły go zmusić do wpuszczenia do łazienki kogokolwiek. Kto nie zdążył się umyć do 20-ej, musiał z tym zaczekać do soboty.

W sobotę rano klucząc wśród bloków naszego osiedla dla zmylenia ewentualnego „ogona” pojawiał się Irek Ostrokólski. Natychmiast wypraszali mnie z kuchni, montowali na stole kuchennym swoje akcesoria i zabierali się do pracy. Druk jednego numeru Tygodnika Mazowsze zajmował im co najmniej całą sobotę, ale nierzadko gdy coś się nie udawało (a tak najczęściej było) pracowali do niedzielnego wieczora. W tym czasie mogłam wejść do naszej ciasnej kuchni tylko wtedy, gdy jej użytkownicy odpoczywali, albo byli głodni. Musiałam się wtedy mocno zwijać z przygotowaniem posiłku i szybko uciekać, bo długich przerw nie robili. Przy pracy wypalali ogromne ilości papierosów tak że kilkakrotnie musiałam opróżniać popielniczkę. Nie wiem nawet co bardziej śmierdziało: czy przygotowywana domowym sposobem farba, czy te ich okropne papierosy.

Jeśli druk odbywał się w pokoju (w rachubę wchodził tylko jeden, ten od podwórza, gdyż okna pozostałych wychodziły na ulicę co, zwłaszcza latem przy otwartym oknie, stwarzały ryzyko dekonspiracji) mogłam swobodnie poruszać się po kuchni .

Wiosną 1987 r. ramki sitodrukowe zastąpił stary powielacz bębnowy, co trochę skróciło okres użytkowania mieszkania jako drukarni, ale niewiele poprawiło sytuację jego mieszkańców. Zyskaliśmy w zasadzie tylko tyle, że mogliśmy swobodnie korzystać z łazienki w piątkowe wieczory, gdyż ciemnia przy tej technice druku była zbędna. Przybyło za to plam z farby, które trzeba było usuwać po każdej sesji drukarzy. Ponad to powielacz zmniejszał ryzyko dekonspiracji. Matryce sitodrukowe zapakowane do wielkiej torby podróżnej wynosiliśmy bowiem po każdym użyciu do piwnicy zaprzyjaźnionego sąsiada, co stwarzało możliwość spotkania kogoś zbyt dociekliwego w czasie ich wynoszenia. Natomiast powielacz był zbyt duży i zbyt ciężki dla takiego postępowania. Panowie drukarze sporządzili więc dla niego specjalny schowek w naszej toalecie. Był on tak dobrze zamaskowany, że mimo kilkakrotnych rewizji w naszym domu nigdy nie został odkryty. Od tego czasu wszystkie czynności związane z drukiem mogły się więc odbywać wewnątrz mieszkania.

Na wypadek wizyty nieproszonych gości z SB został opracowany specjalny plan strategiczny. Główną rolę w tym planie odgrywał nasz bokser "Grom", który – z natury nad wyraz łagodny - z niewiadomych przyczyn nie znosił ludzi umundurowanych. W razie niezapowiedzianej wizyty wszyscy domownicy zamiast groźnie ujadającego psa uspokajać mieli go dyskretnie drażnić dając drukarzom czas na ukrycie w schowku powielacza i wszystkich kompromitująch akcesoriów i zatarcie śladów. Dopiero wtedy pies miał zostać zapędzony do toalety (w której był zlokalizowany schowek) a goście wpuszczeni do mieszkania. Na szczęście nigdy nie nadarzyła nam się okazja do przetestowania skuteczności tego planu.

Po zakończeniu druku owoc trudu drukarzy w postaci sporego stosu zadrukowanych kartek trafiał w moje ręce. Zostałam bowiem mianowana (również bez pytania o zgodę) głównym kolporterem. W niedzielę późnym wieczorem po doprowadzeniu mieszkania do porządku musiałam jeszcze przejrzeć wydruki odrzucając mało czytelne i popakować je w paczki przeznaczone dla poszczególnych odbiorców. Jedną z największych paczek zabierałam ze sobą w poniedziałek do pracy, gdzie przekazywałam ją jednemu z kolporterów.


W pozostałe dni tygodnia, po jedno lub dwudniowym odpoczynku, w mojej kuchni (i w moim mikserze) odbywało się przygotowywanie farby (nie pamiętam z czego, ale pamiętam, że strasznie śmierdziała) lub emulsji do sitodruku, a także poszukiwanie i gromadzenie papieru (w rzadkich wypadkach, gdy pojawiał się w sprzedaży, kupowaliśmy go po jednej ryzie w różnych sklepach, żeby nie zwracać na siebie uwagi zbyt dużymi lub zbyt częstymi zakupami) i składników farby (trudno dostępny olej słonecznikowy, nafta, pasta do prania „Komfort”), mycie i odtłuszczanie matryc itp. czynności niezbędne dla uruchomienia drukarni w następny piątek. Z czasem całe życie naszej rodziny zaczęło się koncentrować wokół jednego celu- żeby w najbliższy poniedziałek wszedł do kolportażu kolejny numer Tygodnika Mazowsze.

W czasie 5-letniego "panoszenia" się w naszym mieszkaniu drukarni kilkakrotnie się buntowałam, a raz byłam bliska wymówienia jej locum. Za każdym razem po ochłonięciu odstępowałam od akcji odwetowej i wszystko wracało do normy, którą stanowiło pozbawienie mnie prawa użytkowania kuchni w każdą sobotę i niedzielę. Wiązało się to oczywiście z zawieszeniem w tym czasie życia osobistego i towarzyskiego, co spowodowało swoistą izolację w środowisku.

W ostatniej fazie rozkładu PRL, czyli w pierwszych miesięcach 1989 roku wobec wyjazdu Irka Ostrokólskiego do USA funkcję drugiego drukarza spełnialiśmy po kolei- ja i nasi synowie. Ten okres był więc dla nas szczególnie uciążliwy, bo była to bardzo ciężka praca, a w dodatku wykonywana w niezdrowych oparach rozpuszczalników i w ciągłym stresie.

Wszystko to odbywało się w atmosferze ciągłej niepewności, czy któregoś dnia, zwabieni zapachami dobywającymi się w każdy weekend z naszego mieszkania, monotonnymi odgłosami powielacza, czy też regularnymi wizytami Irka Ostrokólskiego, osobnika od dawna uważanego za ekstremistę, nie pojawią się nieproszeni goście z SB i nie przerwą naszego procederu. Nie przypominam sobie jednak, bym kiedykolwiek w ciągu tego okresu poważnie brała pod uwagę taką możliwość. Może brakowało mi wyobraźni. Doskonale natomiast pamiętam uczucie wielkiego zmęczenia tą nienormalną sytuacją i przemożne pragnienie powrotu do normalności. Miało to jednak nastąpić dopiero wiosną 1989 roku, a i to w trybie warunkowym (Redakcja Tygodnika Mazowsze zawieszając w kwietniu 19889 r. działalność zawarowała sobie prawo do jej wznowienia gdyby umowa Okrągłego Stołu została naruszona i oświadczyła, że w takim przypadku liczy na naszą dalszą współpracę) . Przypominam sobie również to szczególne uczucie, które towarzyszyło przewidywaniom czy moja w pewnym stopniu wymuszona gościnność względem drukarni potrwa jeszcze rok, dziesięć lat, czy może nawet do końca życia. Terminu ostatecznego rozkładu komunizmu nikt przecież wtedy nie znał a ustrój wydawał się być niezniszczalny.

W kwietniu 1989 r., po wydrukowaniu ostatniego, 290 numeru Tygodnika Mazowsze chowaliśmy nasz poczciwy powielacz do skrytki z westchnieniem ulgi, ale i z żalem, że oto właśnie skończył się pewien bardzo ważny etap życia naszej rodziny.Jeszcze przez długi czas w każdą sobotę i niedzielę odczuwaliśmy nieprzyjemny nadmiar czasu i przestrzeni życiowej. Tę pustkę udało nam się wypełnić innymi zajęciami dopiero po wielu miesiącach a na trwałe pozostało nam tylko uczucie satysfakcji, że jednak, mimo wszystkich przeciwności wytrwaliśmy do końca, do ostatniego numeru.

Puławy, 15.11.2006

Tekst wysłany 18 listopada 2006 r.na adres:

Polskie Radio Program 2

00-977 Warszawa

ul. Niepodległości 77/85

Tekst został wydrukowany w tomie: S.T. Głażewski – "W imię "Solidarności". Wspomnienia z lat 1981-1989" wyd. Towarzystwo Przyjaciół Puław, Puławy 2010, s. 269 a jego obszerne fragmenty zostały odczytane na antenie PR II w dniu 13.XII.2006 r. o godz. 21.00


Puławy, 18 listopada 2006

Zdzisława Maria Głażewska
ul. Waryńskiego 4/3
24-100 Puławy

 

Polskie Radio Program 2
00-977 Warszawa
al. Niepodległości 77/85

 

Szanowni Państwo

W załączeniu przesyłam swoje wspomnienia z okresu stanu wojennego spisane za namową mojego męża, któremu punkt widzenia żony i matki działaczy "Solidarności", również jak oni zaangażowanej w sprawy podziemia, ale z racji swej pozycji w rodzinie patrzącej na wiele spraw z dystansu, wydał się wielce interesujący.

Z poważaniem

(Strona 1 z 4)
Czytany 9333 razy

Sponsorzy

solidarnosc

Wyszukaj

Multimedia

Statystyki

Dziś90
Wczoraj257
Wszystkich404985
Aktualnie jest 23  gości na stronie